Jak panowanie Romana Reignsa niszczy WWE i czemu powinno się skończyć

Roman Reigns od czasu swojego debiutu był nam wszystkim pchany do gardła przez prezesa WWE i oczywistym jest, że Vince McMahon zawsze szukał sposobu, żeby z jakiegoś powodu zrobić z Romana GOATa. Coś, co nie udawało się przez lata, w końcu zagrało po heel turnie w 2020 roku. A jednak, jak pokazuje czas, nawet ten historyczny już run Romana z tytułem UWU stał się problemem.

Heel turn, czyli wyśniony początek



Gdy Roman Reigns powrócił po dłuższej absencji spowodowanej problemami zdrowotnymi, nie był już tym samym nudnym, niecharyzmatycznym, "dobrym" Romanem. Praktycznie od razu przeszedł heel turn i zaczął współpracę z Paulem Heymanem. I od razu zaczęły się nieczyste zagrywki, jak z dołączeniem do walki o pas Universal na sam jej koniec. Inną rzeczą, która przez lata sprawiała, że Reigns był hejtowany, była jego praca przy mikrofonie. W tym aspekcie niezawodny Paul Heyman nadrabiał za nich obu.

Początek jego panowania obfitował w niesamowity feud z Jeyem Uso, w który zaangażowana była zresztą cała rodzina A'noai. I choć przykro to stwierdzić, feud ten był chyba po dziś dzień najlepszym, co się stało w tym reignie.

Gdzie kończy się dominacja, a zaczyna cipoheelowanie



Postać heelowego Romana wydaje mi się strasznie niejednoznaczna. Z jednej strony - mocarne zwycięstwa, takie jak nad Jeyem Uso czy Danielem Bryanem i Edge'em jednocześnie(!), z drugiej - przedziwne tchórzliwe zagrywki, jak chociażby zesquashowanie zwycięzcy Elimination Chamber minutę po tym, jak walka w komorze się zakończyła. Seth Rollins uchodził w 2015 za synonim tchórzostwa, a nawet on nie był blisko takich wybryków.

Przerażenie, jakie maluje się na twarzy Romana Reignsa za każdym razem, gdy ten widzi Brocka Lesnara, jest już czymś, co mnie osobiście obrzydziło. No bo cały czas mowa o tym samym Romanie, który ma do pomocy całe Bloodline i jeszcze kilka lat temu sam w pojedynkę potrafił rzucić się na Lesnara bez żadnego pardonu. I ten sam Roman czmycha jak mysz kościelna na widok Lesnara? Być może należy sobie zadać pytanie, czy Reigns jest badassem, czy kolejną wersją cipoheela, bo wołanie "ACKNOWLEGDE ME" niestety nie idzie w parze z baniem się... kogokolwiek w zasadzie.



Prawdziwe grzechy główne, czyli zmarnowane stypulacje



Przejdę teraz do rzeczy, które naprawdę sprawiły, że przestałem czerpać przyjemność z tego panowania, a konkretnie do overprotectingu. Tak, Roman, mimo posiadania tak dominującej stajni jak Bloodline na własność, jest chyba najbardziej chronioną osobą w historii WWE. Nawet John Cena czasem kładł innych zawodników wyżej, gdy pojawił się ktoś ciekawy, natomiast Roman Reigns jest chroniony do tego stopnia, że praktycznie każdy gorący pretendent jest przez niego natychmiast anihilowany.

Po pierwsze, co widzieliśmy na przykładzie Big E, walizka Money In The Bank, służąca przecież właśnie do tego, żeby naznaczyć nowego mistrza, za panowania Reignsa jest praktycznie przekleństwem. Bo nic innego jak fakt, że Big E nie mógł wykonać cash-inu na Romanie, sprawiło, że run Langstona z tytułem WWE był najgorszym runem dekady. A nie mógł, bo gwiazda Romana świeciła dla Vince'a zbyt mocno, żeby mógł go zbrudzić jakiś niedobry Big E. Nawet gdyby jego panowanie miało trwać krótko, to jaki sens dawać walizkę osobie ze SmackDown, żeby ta nie mogła jej użyć na tej tygodniówce? I jaki sens w posiadaniu mistrza, którego nikt nie może zdetronizować...

Innym przykładem może być wspomniana przeze mnie już walka Elimination Chamber 2021. A przypomnijmy, że ta stypulacja została wręcz stworzona, żeby koronować nowych mistrzów. Oczywiście, ponieważ Roman to Roman, nie mógł wziąć w niej nawet udziału. A przecież ewentualne zwycięstwo w komorze jedynie ucementowałoby jego potężny teoretycznie gimmick. Sam mecz w komorze był też jak wiadomo po nic, bo zwycięzca, Daniel Bryan, przegrał z Romanem w niecałe dwie minuty. W edycji z 2022 roku sytuacja była identyczna - The Tribal Chief nie bronił pasa w komorze. I o ile nie jest niczyją winą, że Roman zaniemógł, to nawet gdyby się na gali pojawił, i tak miał się zmierzyć w singlowym pojedynku.

Czy w takiej sytuacji zwycięstwo w Royal Rumble matchu realnie coś daje? Oczywiście samo RR cieszy się dużo większym prestiżem niż walizka MITB, więc zwycięstwo w 30-osobowym pojedynku już jest pewnym osiągnięciem, jednak nie zapominajmy, że zwycięzca staje się pretendentem do głównego złota WWE. A skoro trzyma je (oba lub jedno zunifikowane, chyba tylko McMahon to wie) Roman Reigns, który nie może być zdetronizowany, to cała magiczna otoczka wokół potencjalnych main eventów WrestleManii zaczyna zanikać.



Jeśli każdy wygląda słabo, to nikt nie wygląda dobrze



Panowania, które trwają rok lub półtora, obrastają na miarę legendarnych, jednak jeśli mają trwać dłużej, zaczyna się pojawiać pewien problem, a mianowicie brak pretendentów. Oglądając Reignsa z tytułem, cały czas odnosiłem wrażenie, że wszystkie jego feudy mają na celu jedynie dopisanie mu kolejnego nazwiska na listę pokonanych. Niektórzy są wyciągani z szafy bez żadnego większego pushu. To sprawia tylko, że cały roster wygląda fatalnie, a mówimy o federacji, która serwuje dwie łącznie pięciogodzinne tygodniówki, tonę house showów i comiesięczne PPV. Obecny sposób prowadzenia persony Reignsa jedynie sprawia, że albo cała reszta wygląda miernie i nie jest warta uwagi, albo (gdy Roman part-time'uje) największą uwagę przyciągają wrestlerzy, o których mamy przeczucie, że i tak nie przybliżą się do mistrzostwa. I nie wiem, co jest gorsze. Zresztą: jeśli przeciwnicy mistrza nie wyglądają dobrze, to o samym mistrzu chyba też nie świadczy to najlepiej.

Roman nie jest nawet głównym filarem WWE



Można mówić o tysiącach wznoszących palec w górę i skandujących catchphrase'y Romana, ale nie zmienia to faktu, że, czy to się komuś podoba czy nie, Reigns nie jest osią, wokół której kręci się WWE, a już na pewno nie jest wyznacznikiem jakości. Jeśli ktoś pamięta SmackDown w 2020 roku, to można śmiało przywołać efekt kontrastu, jaki wywoływała skandaliczna zła, beznadziejna, okropna (można dodawać kolejne synonimy) tygodniówka Raw. Oczywiście The Tribal Chief zaczynał wtedy swoje rządy po niebieskiej stronie, ale czy to był główny powód sukcesu? Dla przypomnienia powiem tylko, że oprócz niego znajdowali się tam również : Seth Rollins, Daniel Bryan, Edge, Cesaro czy Fiend. A jak wygląda obecny układ sił obu brandów? Reigns, owszem, cały czas jest na SmackDown, jednak 3 z 5 wyżej wymienionych nazwisk nie widnieją już nawet w federacji, a Rollins i Edge przenieśli się na Raw. Efekt? Czerwona tygodniówka miała w tym czasie kilka naprawdę świetnych odcinków, a dobry efekt tworzyli również Riddle czy Orton. Choć Undisputed Tag Team Championami są Usosi oczywiście, a jakże. Nawet świeży Austin Theory jest ciekawszy niż cokolwiek, co dzieje się na SmackDown.

Kolejną wypadkową stawiania Reignsa w roli ikony jest to, że kiedy straci tytuł (bo kiedyś musi), tysiące dzieci kupujących koszulki Bloodline będzie czuło pustkę w sercu. Nagle, gdy zmieni się mistrz, którego przecież lemingi biorą w ciemno, że zawsze nim był, więc zawsze nim będzie, może się to odbić na biznesach federacji. Nowy mistrz nie zrobi takich liczb, a czemu? Bo WWE nie robi nic, żeby ich publika zainteresowała się kimś innym. Promykiem nadziei wydaje się być Cody Rhodes, jednak, co smutno przyznać, nadal istnieje grupa fanów, która już teraz mówi, że nigdy nie uzna Cody'ego za kogoś więcej niż gracza B+. Martwiące, ale gdy cały swój biznes opiera się na jednej part-time'ującej jednostce, to w stopniu horrendalnym samemu prosi się o guza.



Part-timer Lesnar > Part-timer Reigns



No i najświeższy grzech obecnego panowania, czyli zrobienie z Romka Brocka 2.0... albo raczej 0.2, bo tu coś ewidentnie nie idzie. Po pierwsze, Brock Lesnar przez swoją karierę zawsze będzie najbardziej wyczekiwaną gwiazdą, której sporadyczne comebacki na jakieś duże mecze byłyby jednak ekscytujące. Z jego panowaniami było też często tak, że owszem - pojawiał się rzadko, ale nigdy nie miało się wrażenia, że to przeszkadza, wręcz niszczy wszelki booking. Brock ma prostą umowę z Vince'em - zero house showów i zero zapychania tygodniówek. Jednak gdy chodzi o PPV, Lesnar stawiał się, gdy przychodziło do tego, że kreatywni wymyślili mu ciekawego pretendenta lub historię. Bo zwyczajnie nie ma on nic innego do roboty. Zresztą, co pokazał początek tego roku, Lesnar, gdy jest to potrzebne, może regularnie przepracowywać tygodniówkę za tygodniówką, żeby wypromować rywalizację np. z takim Reignsem. Roman nie jest wolnym człowiekiem. Wiążą go umowy z Hollywood i jeśli coś mu nie pasuje, to wszelkie plany idą w piach. Pierwsza obrona mistrzostwa UWU? Na SmackDown i to tylko dlatego, że ta jedna data mu pasowała, a samej walki nawet nie wypromował. Wydaje się, że takie PPV jak Money In The Bank będzie dla niego powinnością, ale nic bardziej mylnego. Roman omija kolejne PPV z uśmiechem na ustach.

Oczywiście, wróćmy do tego, Brock Lesnar również omijał. Jednak nigdy za jego panowań nie rozwijano złotego pergaminu wmawiającego całemu światu, że Lesnar jest najwspanialszym, najznakomitszym, naj... (tu znowu zabawa dla osób lubiących synonimy). Roster nie wyglądał przy nim słabo. Ba! Nieobecność mistrza czasem stwarzała wręcz okazję, żeby wypromować kogoś innego. Gdy Lesnar miał miesiąc wolnego, WWE żyło Rollinsem, Zigglerem, Mizem czy, o ironio, właśnie Romanem Reignsem. Ale każdy z nich mógł stać się wiarygodnym pretendentem do złota.

Part-time'ujący Roman nie działa i nigdy nie będzie. Jego panowanie jeszcze trochę potrwa, ale już obecny stan WWE jest fatalny, a strach pomyśleć, w jakim stanie zostawi je Roman, gdy już odda pas.

dodane przez Sicario w dniu: 10-07-2022 11:53:03

Udostępnij

Komentarze (1)

Skomentuj stronę

: : (opcjonalnie) :

Ja w skrócie ujął bym to inaczej. WWE niszczy kiepski produkt. A jest on kiepski, bo jest tworzony przez ludzi bez pasji skupionych na tabelkach w exelu. Wystarczy tylko spojrzeć na to jaki szacun miało NXT kiedy było prowadzone przez Huntera, a jaki ma teraz. Przyjęta strategia przez kierownictwo skupiona na promowaniu Part-timerów sprawia, że nie ma tam obecnie "gwiazd" poza Romkiem i Lesnarem. Natomiast budowanie marki na tak słabych personach powoduje słabnące zainteresowanie produktem.

napisane przez Fruki w dniu : 15-07-2022

Reklama

Sondy

Wrestling bez publiczności Zupełnie mi nie przeszkadza
Przyzwyczaiłem się, ale czekam na powrót publiczności
Jest gorzej, ale mimo to oglądam
Tego nie da się oglądać

Komentarze i wyniki

Czat

Kontakt

Poznaj redakcjĂŞ portalu.

Napisz do nas: redakcja@attitude.pl

Partner

plagiat

Reklamy