In the Pit with Piper: "...I change the questions!"

Często byłem pytany, jak wrestling pomógł moim zdolnościom aktorskim. Będąc szczerym, to była prawdopodobnie najgorsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Kiedy w 1998 roku wyszedł film They Live, krytyk (nauczyłem się przez te lata, że krytycy nie potrafią zrobić nic innego, jak tylko mówić i pisać o robieniu rzeczy) napisał dla New York Post: "Każdy kto myśli, że wrestlerzy to aktorzy, bardzo się myli." To był oczywiście bezpośredni atak w mój sposób grania, ale to były te same osoby, które krytykowały mój styl wrestlingu nazywając go aktorstwem. Kiedy byłem na ringu, nazywano mnie aktorem. Kiedy natomiast pokazywano mnie na dużym ekranie - nazywano mnie wrestlerem. Jednak to nie ja miałem problem. Jest bardzo proste wytłumaczenie tego wszystkiego. Wrestling nie pomagał w aktorstwie. Można powiedzieć, że aktorstwo to implozja, a wrestling - eksplozja. One są przeciwieństwami. Moje zachowanie w kwadratowym pierścieniu sprawiało, że ludzi reagowali na mnie poza areną w inny sposób. Nie wiedzieli jednak, jak do tego podejść. W żadnej innej dyscyplinie sportowcy nie występują przed widzami grając, mówiąc o ich rodzinnym mieście czy wkurzając ich. Kiedy fani spotykają Cię wreszcie na ulicy osobiście, mają w głowie tak wiele rzeczy i myśli, że nie wiedzą, jak zareagować. Nie jestem przecież gościem z Super Bowl, który biegnie po zwycięskie przyłożenie. Nie jestem, jak koszykarz, który zdobywa dużo punktów. Jestem gościem, który był dźgnięty trzykrotnie, walczył z niedźwiedziem i żyje z wyzywania do walki ludzi dwukrotnie większych od siebie, więc co mają do mnie powiedzieć?

Nieważne, nie tylko ustawiłem siebie na mikrofonie i przed kamerą podczas mojego pobytu w Oregonie. Skopałem także kilka poważnych tyłków w ringu. W ciągu 3-4 tygodni bycia w nowym miejscu zdobyłem wszystkie tytuły, które na tym terytorium były do zdobycia, włączając pasy drużynowe razem z moim partnerem - Killerem Brooksem. Poza tymi dwoma, mieliśmy tak wiele pasów, że potrzebowalibyśmy taczki, aby je wszystkie wwieźć na arenę przed walką. Wrestling zaczął ponownie stawać się popularny na Zachodnim Wybrzeżu w tym czasie. Pamiętam, jak ludzie mówili o tym, że jestem topowym zawodnikiem na zachodzie, a moim odpowiednikiem na wschodzie jest Ric Flair. W Charlotte w Północnej Karolinie, Flair, podobnie, jak ja, kopał tyłki wszystkim budując swoją reputację. Obaj mieliśmy promotorów dzwoniących i chcących nas na swoich galach każdego tygodnia. Pierwszą rzeczą, którą Don Owens robił w każdy poniedziałkowy poranek było telefonowanie do innych promotorów w całych wrestlingowych Stanach i opowiadania im, jak bardzo wyprzedała się ostatnia gala w Portland Sports Arena. Pierwszym pytaniem, które mu zadawano było - "No, kogo masz na topie?" A on wtedy z dumą odpowiadał - "Tego dzieciaka, Pipera." Cóż ja nie wiedziałem, co ich tak szokowało. Mike LeBell robił dokładnie to samo w L.A. przez trzy i pół roku, kiedy tam byłem. Teraz Owens wyprzedawał gale w Portland przez dwadzieścia sześć tygodni z rzędu! Dwadzieścia sześć tygodni z rzędu! Szum spowodowany moją osobą na Zachodnim Wybrzeżu i Flairem na Wschodnim pokazywało, że otworzył się nowy rozdział dla wrestlingu.

W tym czasie, Killer Brooks przedstawił mnie mojej przyszłej żonie. Nie wyobrażacie sobie, jak trudnym zadaniem było znalezienie miłej dziewczyny w tym biznesie. Liczba kilometrów, które robiliśmy podróżując po Oregonie czyniła jakiekolwiek związki prawie niemożliwymi. Nie mam zamiaru kłamać - mieliśmy dziewczyny w każdym mieście i stanie, w którym byliśmy, jednak żadna z nich nie była tą, z którą można byłoby osiąść na stałe. Poza tym nikt z nas nie miał czasu, aby zająć się dziewczyną. Nasze tygodnie wyglądały dokładnie tak samo. W poniedziałki jechaliśmy zwykle do Longview, jakieś 100 kilometrów od Portland. We wtorek budziliśmy się i udawaliśmy się w drogę do Roseburga, czyli ponad 600 kilometrów. Środy też były dla nas ciężkie, gdyż robiliśmy, jakieś 500 kilometrów do Medford. W czwartek mogliśmy trochę odpocząć i złapać drugi oddech, gdyż kolejnym punktem było Salem oddalone od Medford tylko o 80 kilometrów. W piątek było Eugene, czyli 160 kilometrów w trasie. W sobotę wracaliśmy do Portland. Niedziela była dniem odpoczynku albo dniem podróży - zależało to od bookingu. Nie było więc czasu na randki, tylko zabawa w trakcie drogi. Żyłem w pełni przezwiskiem Rowdy, które mi nadano. Zwierzę we mnie wyczuwało rytm dżungli. Jednak pomimo tego, że imprezowałem każdej nocy, czegoś mi brakowało. Nawet pomimo tego, że byłem młodym, przystojnym, popularnym i skutecznym wrestlerem, wciąż czułem, że nie jestem kompletny.

Pewnej nocy razem z Killerem jechaliśmy do domu po walce i byliśmy głodni. Jednak nie mogliśmy się tak po prostu zatrzymać i coś zamówić. Po pierwsze - chcieliśmy steka albo jakieś mięso, po drugie - była północ i niewiele miejsc było otwartych. Naszą jedyną opcją był miejsce nazywane Jo-Jo przy Sunset Highway w Portland. Pojechaliśmy więc tam i weszliśmy, aby napełnić swoje puste żołądki. Nie wiedziałem, że Jo-Jo będzie miejscem, w którym poznam dziewczynę moich marzeń. Siedziałem tam i jadłem soczystego steka, kiedy nagle kątem oka dojrzałem tę piękność. Widziałem tę niewielką dziewczynę - nie miała więcej niż dziewiętnaście lit w tym czasie - i nigdy nie zapomnę tej chwili i tego co miała na sobie. To był taki mundurek Jo-Jo z brązową krótką spódniczką, a jej włosy były upięte w kok, co nadawało jej wspaniałego wyglądu. Zrobiła na mnie takie wrażenie, że zakrztusiłem się i powiedziałem "Wiesz co Killer, to jest ten typ dziewczyny, którą chłopak chciałby poślubić." Nie miałem zamiaru jej poznać czy z nią porozmawiać, ale Killer nie chciał o tym słyszeć. Zawołał ją i powiedział do niej najdelikatniej, jak potrafił - "Hey, Piękna. Podejdź do nas na sekundkę." Jednak za pierwszym razem nie zareagowała. Poszła prosto do managera i poprosiła o zmianę sekcji, abyśmy dali jej spokój. Wreszcie udało nam się ściągnąć ją do stolika i miałem na tyle odwagi w sobie, że zapytałem jej, ale ona chłodno i stanowczo odmówiła. Przez sześć kolejnych tygodni z rzędu jadałem steki w Jo-Jo próbując nakłonić tę piękność na randkę ze mną, ale nie spieszyłem się. Wreszcie, w ostatnim podejściu dałem jej swój numer, ponieważ nigdy nie chciała mi podać swojego. Powiedziałem, że jeżeli chciałaby wyjść ze mną wieczorem, ma zadzwonić. Kilka dni później dała mi szansę i nie pozwoliłem jej opuścić mojego serca. Ma na imię Kitty.

Nasza pierwsza randka była komiczna. Ponieważ moje życie, jako pro wrestlera nie obfitowało w randki, to była dla mnie całkiem nowa rzecz. Tak, jak mówiłem wcześniej - w trasie mieliśmy wiele kobiet, ale wtedy szukaliśmy tylko jednorazowej dobrej zabawy. Więc kiedy udało mi się poderwać Kitty zastanawiałem się - "Co się robi na pierwszej randce?" Będąc z natury romantykiem, poszliśmy do parku za szkołą i huśtaliśmy się na huśtawce. Tak samo, jak było to miłe, tak samo było straszne. Nie tylko nie bywałem na randce w parku, ale pod kurtką miałem swoją 380 kaliber 9 mm, o czym ona oczywiście nie wiedziała, a po drodze do niej wypaliłem jointa w celu uspokojenia! W co ta piękna dziewczyna się wpakowała? Ona słodka huśtająca się zaraz obok dużego złego wilka przebranego w owczą skórę. Jednak będąc szczerym, nie zmieniłbym nic z tej pierwszej randki, ponieważ ten związek zamienił się w blisko dwudziestoczteroletnie małżeństwo i pomimo tego, że miłość Kitty do zwierząt kosztowała mnie fortunę, to było warto, gdyż dała mi czworo pięknych dzieci. Już od pierwszego spotkania poczuliśmy jakąś więź, bliskość do siebie. Swoją rolę odegrały tutaj chyba nasze bratnie dusze. W tym jednak czasie moje kariera była w gorącym punkcie, a marzeniem Kitty było Walla Walla i specjalny pokaz koni, na który wyjechała. Przez kolejne dwa i pół roku trzymaliśmy ze sobą kontakt i spotykaliśmy się, kiedy było to tylko możliwe. Muszę przyznać z całą szczerością, że nigdy nie spotkałem lepszej kobiety niż Kitty. Przez te całe gówno, na które wystawiłem ją przez te wszystkie lata, ani razu nie powiedziała, że mnie opuści, i wierzcie mi, że to ja dawałem całą masę powodów do odejścia! Nie byłem najłatwiejszą osobą do życia. Jednak nawet pomimo naszych problemów ona stała zawsze obok mnie i dlatego w sercu miałem zawsze specjalne miejsca dla Kitty z Jo-Jo.

W tamtym czasie zacząłem także używać pewnych charakterstycznych sloganów w moich segmentach - "Every time you think you've got all the answers, I change the questions!" lub "I came here to chew bubble gum and kick ass, and I'm all out of bubble gum!" Tak wiele rzeczy, które robiłem, jako wrestler było kopiowanych. Wszędzie gdzie pojechałem ludzie mówili to prosto z serca i wykrzykiwali mi to w twarz, bez względu czy byłem walczyłem w ich rodzinnych miastach czy czekałem przy kasie w sklepie kupując sześciopak Heinekena. Innym powodem, dla którego ludzi krzyczeli, kiedy mnie widywali na ulicy w Portland był fakt, że zacząłem trzymać się razem z wrestlerem o imieniu Rick Martel. Jest on bratem gościa, z którym walczyłem dziesięć lat wcześniej, a który zmarł - Michel Martel. Rick został jednym z moich najlepszych przyjaciół. Jest nie tylko jednym z najlepszych wrestlerów, ale także bardzo ciekawym człowiekiem. Fakt, że wyglądał, jak Sylwester Stallone nie przeszkadzała. Mieliśmy tuziny kobiet, gdziekolwiek pokazywałem się z nim. Z powodu jego wyglądu, Martel miał wiele innych propozycji pozawrestlingowych - w Hollywood chcieli go, aby został dublerem Stallone'a w kilku filmach - a poza tym często pukali do jego drzwi przedstawiciele agencji modelingowych. Jednak z jakiegoś powodu wybrał pozostanie w wrestlingu i egoistycznie mówiąc - cieszyłem się z jego wyboru, ponieważ kochałem spędzać czas w jego towarzystwie. Mogę szczerze przyznać, że przez wiele lat dzieliliśmy wspólnie wiele sytuacji. Musicie to zrozumieć, Rick był świetnym wrestlerem, ale wywiady nie były jego mocną stroną. Jego francuski akcent zabijał wszystko, co starał się powiedzieć. Pomiędzy tymi krzyczącymi dziewczynami, a jego strasznych akcentem, nie można było zrozumieć kompletni nic z jego przemowy.

Jedną z rzeczy, które robiłem podczas moich segmentów było czytanie listów od fanów na żywo. Zwykle było to coś takiego - "Drogi Roddy, Oglądam Ciebie walczącego cały czas i moim zdaniem jesteś najlepszym wrestlerem na świecie. Kocham Ciebie i mam nadzieję na szybkie spotkanie. Proszę skop tyłek Buddy'emu. Będę Cię kochać na zawsze. Kochająca, Beverly. P.S. Czy możesz umówić mnie na randkę z Rickiem Martelem?" W tym momencie darłem list i wyrzucałem go udając wściekłego. Schodziłem z platformy mówiąc, że idę szukać Martela. Kiedy go znajdowałem, wyładowywałem swoją frustrację na nim krzycząc, mówiąc mu o tych wszystkich miłosnych listach o nim, które otrzymuję i że mam już tego serdecznie dość. Takie przekomarzanie się nawzajem trwało przez jakiś czas. Rick był kolejnym moim niekonwencjonalnym tag team partnerem. Robiliśmy wszystko razem w ring i poza nim. Pewnej historii nigdy nie zapomnę. Byliśmy wtedy w stanie Waszyngton w czasie erupcji wulkanu Mount St. Helens. Rick nabył dopiero co nowego czarnego Firebirda, który przypłynął za nim razem z Hawajów, gdzie walczył wcześniej. Pamiętam dzień, w którym pojechaliśmy po niego. Podróżowaliśmy ponad 300 kilometrów, a kiedy znaleźliśmy się na miejscu odbioru, cieszyliśmy się jak dzieci na święta. Wsiedliśmy do lśniącego pojazdu i pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy było otwarcie szyberdachu. Zaraz potem wyjechaliśmy tym pięknym okazem na autostradę, a on przycisnął pedał gazu do samej podłogi i rozpędził auto do ponad 160 km/godzinę. Obaj cieszyliśmy się każdą sekund w drodze.

Po jakichś dwóch tygodniach, znów wybraliśmy się w podróż, tym razem była to jednak podróż biznesowa. Wskoczyliśmy do czarnej ślicznotki w naszych wrestlingowych strojach w piękny słoneczny dzień w Portland, gotowi na podróż na walkę do Tacoma w stanie Waszyngton. Żaden z nas nie dbał o to co się dzieje. Odpaliliśmy radio, opuściliśmy dach, założyliśmy okulary przeciwsłoneczne i wyjechaliśmy na autostradę prosto do Tacomy. Jednak nasza zabawa skończyło się, kiedy słońce szybko zniknęło, a my jechaliśmy cali pokryci jakąś szarą substancją, która zasłaniała niebo. Kolejną rzeczą którą pamiętam było głośne BOOM! i uderzenie w traktor, który pojawił się nagle przed nami. Siła uderzenia była tak duża, że uchwyt od drzwi, który trzymałem w dłoni rozpadł się. Wtedy zrozumieliśmy, że doszło do erupcji wulkanu, a traktor stał tam ponieważ kierowca spanikował. Inne auto także uderzyło w traktor i była to jakaś starsza para. Całe miejsce było teraz pokryte popiołem i wyglądało, jakby przeszła burza śnieżna. Ciężko było zobaczyć nawet własną rękę przed twarzą. Wiedzieliśmy, że za nami jechały auta, więc postanowiliśmy uciec ze swojego, ale nie mieliśmy tyle szczęścia. Próbowałem wykopać moje drzwi, ale były mocno ściśnięte z powodu przesunięcie ramy auta. Wtedy Rick, ze spokojem agenta 007, chwycił mnie za ramię i powiedział - "Monsieur, szyberdach jest opuszczony, musimy się tylko wspiąć i wydostać przez dach." Więc wspięliśmy się, aby być bezpiecznymi - przynajmniej tak nam się wtedy wydawało! Tak szybko, jak wydostaliśmy się z auta, tak szybko chcieliśmy ratować swoje życie. Ja, będąc honorowym człowiekiem, którym z pewnością byłem, byłem zajęty ratowaniem własnego życia, zeskoczyłem na drogę tuż przed jadący wprost na mnie samochód, którego kierowca stracił panowanie nad autem. W tym samym czasie Rick próbował pomóc starszej parze, które ucierpiała. Może właśnie z tego powodu więcej fanów pisało do niego niż do mnie? Po jakimś czasie na miejscu pojawiła się policja. Zatrzymali się tuż przed uszkodzony autami i wysiedli w maskach takich, jakie mają chirurdzy podczas operacji. Rozdawali także je wszystkim osobom. Po chwili przypomniałem sobie, że w aucie została moja walizka. Powiedziałem o tym Rickowi, a ten kazał mi zabrać ją zanim policjanci zaczną przeglądać zniszczone auta. Po wzięciu walizki, podszedłem do Ricka i zapytałem stojącego obok policjanta czy mógłby się pospieszyć, abyśmy zdążyli na naszą walkę. Kiedy skończył, Martel odwrócił się i spojrzał na auto jego marzeń, posmutniał i łza zakręciła się w jego oku. Potem stanęliśmy przy drodze z wystawionymi kciukami, aż wreszcie ktoś nas podwiózł do Tacomy z ponad godzinnym opóźnieniem. Muszę przyznać, że podróż nie była zbyt komfortowa, ponieważ siedziałem pomiędzy Rickiem a kierowcą z drążkiem zmiany biegów wbijającym się w moją dupę. Jednak dojechaliśmy na miejsce. Kiedy weszliśmy na arenę powitał nas Dutch Savage, lokalny promotor, który był zmartwiony naszym opóźnieniem - "Gdzie Wy do jasnej cholery byliście? Zawsze się spóźniacie. Nie macie żadnego szacunku!" Razem z Rickiem spojrzeliśmy na siebie i poszliśmy przebrać się na walkę. Po walce udaliśmy się do domu inną drogą. Jak widzicie nawet Matka Natura nie była wstanie powstrzymać od walki w ringu.

Zaczęliśmy w tym czasie wyprzedawać takie miejsca jak Vancouver i promotorzy musieli organizować gale w większych budynkach, aby pomieścić wszystkich fanów. To się nigdy wcześniej nie działo. Wrestlingowy biznes zaczął rozwijać się na dobre w Północnej Ameryce. Jednak z tym sukcesem przychodził także zarozumialstwo. Myśleliśmy, że jesteśmy ponad prawem. Zakładaliśmy, że tak długo, jak nie robimy nikomu krzywdy, możemy robić to, co nam się rzewnie podoba jeżdżąc od miasta do miasta zabawiając publiczność i zarabiając kolejne dolary. Nigdy nie przyjmowaliśmy do wiadomości, że to może być nas ostatni mecz czy ostatni zarobiony dolar. Nawet walcząc przed tak wielką publicznością i odnosząc sukcesy, jak nigdy wcześniej, nie zawsze byłem Hot Rodem. Nie każda noc była w moim wykonaniu perfekcyjna. Pewnej nocy w Vancoucer, razem z Rickiem mieliśmy walczyć w klatce przeciwko innej popularnej drużynie - The Sheepherders (bardziej znanej, jako Bushwhackers). Podczas wchodzenia na arenę energia, która płynęła od widzów strasznie pompowała mi ciśnienie. Hala była wypełniona po brzegi, tłum szalał, a ja wchodząc widziałem pierwszy raz klatkę i nie za bardzo chciałem się do niej pakować. Zacząłem się bać tego co się stanie, jak wejdę na jej szczyt, a tym bardziej bałem się tej wysokości! Co miałem do jasnej cholery robić 10 metrów nad ziemią? Jeżeli myślicie, że to było szalone - Rick był zaraz za mną. Jednak kiedy wszedłem na szczyt, przełożyłem nogę, klatka zaczęła falować. Sheepherders stali na ringu i patrzyli na mnie myśląc - "Co on kurwa robi?" Wtedy właśnie straciłem równowagę i spadłem na moje plecy lądując pomiędzy linami i klatką. Kiedy tylko Rick to zobaczył, szybko zszedł z klatki i wszedł normalnie przez drzwi. Ja leżałem tam pod liną z nogami w górze i podwiniętym kiltem po samą twarz. Musiałem wyglądać, jak Heidi Fleiss, ale jak widać przeciwnicy nie byli mną zainteresowani. Chcąc, aby mój upadek wyglądał na zamierzony, podskoczyłem i chciałem zacząć już walkę.

Po walce zdecydowaliśmy ruszyć się gdzieś wspólnie. Pojechaliśmy do niesławnego Bomber Hotel. Wszędzie gdzie się ruszyliśmy były dziewczyny chcąc nam zrobić jedzenie, spać w naszych łóżkach - gdziekolwiek nie spojrzałeś, wszędzie były dziewczyny. Wrestling zyskał bardzo na popularności w Oregonie, a my chcieliśmy to wykorzystać. Drużyna Rick Martel i Roddy Piper była na topie w Portland. Nawet właściciel lokalnego sklepu z artykułami do urządzania wnętrz Tom Petereson zaprosił nas na gościnny występ. Cztery tysiące ludzi pojawiło się w sklepie w gorący duszny dzień, a tam były ustawione trzy stoły naprzeciw ściany. Po kilku godzinach tego szaleństwa, byliśmy cali zgrzani i spoceni. Peterson powiedział zgromadzonym, że potrzebujemy przerwy. Właściciel jednak nie zaproponował nam żadnego zimnego napoju, więc kiedy wróciliśmy z magazynu postanowiliśmy, że wyjdziemy przez tylne drzwi, zostawiając Petersona i naszego promotora z coraz bardziej złym tłumem. Ten biznes rozwijał się tak szybko, że momentami nawet promotorzy nie wiedzieli co mają robić. Wrestling nigdy nie skupiał tak dużej uwagi, więc oni musieli uczyć się to ogarniać tak, jak i my. Byliśmy w takim momencie, że potrafiliśmy zapełnić arenę PR Center w Portland podczas normalnych występów. Jednym z najlepszych drawów był Buddy Rose i jego walki przeciwko mnie. Budowaliśmy swoją rywalizację w taki sposób, że ludzie nigdy nie mieli jej dosyć. Była tak intensywna, że w pewnym momencie Buddy postawił na szali swoją posiadłość i żółtego Lincolna Marka IV. Samochód był nawet wprowadzony do budynku, aby każdy z fanów mógł go zobaczyć. Daliśmy fanom także coś specjalnego i zadecydowaliśmy, że będzie to steel cage match. Był to niezwykły pojedynek trwający ponad 40 minut. Na koniec wyszedłem z klatki nie tylko, jako zwycięzca, ale także jako szczęśliwy nowy właściciel Lincolna. Najlepszą częścią zwycięstwa w walce było nie pokonanie Buddy'ego czy zdobycia auta, była nią reakcja fanów kiedy Ci zobaczyli mnie prowadzącego żółtego Lincolna - niedługo potem ochrzczonego The Yellow Canary. Drapali się wtedy po głowach i zadawali pytania - "Wow. Może wrestling jest rzeczywiście prawdziwy?" Przez następne trzy miesiące wszyscy fani w Portland wiedzieli, że w rzeczywistości zabrałem auto Buddy'emu. Pas został także mi przekazany, jak i pozostałe rzeczy, więc granica między fikcją, a rzeczywistością została zatarta. To było dokładnie to, co robiłem, aby przyciągać widzów i pieniądze.

Jednak ostatnie zdanie należało do Rose'a. Mieliśmy ze sobą dwie walki nazywane Loser Leaves Town, po których przegrany musiał dosłownie spakować się i wynieść z tego terytorium. Wracając do tamtych dni - była jedna główna zasada w takiej walce: nigdy nie pakuj swoich rzeczy w wyprzedzeniem, ponieważ jeżeli to zrobisz istnieje możliwość, że fani pomyślą, że chcesz ich zostawić i nie będą chcieli przyjąć Cię kiedyś z powrotem. Nie byliśmy, jak Ci wrestlerzy, który kilka lat wcześniej, spakowani przyjeżdżali na arenę z całym swoim dorobkiem. Mieli zaraz po walce wyjeżdżać. Cóż, wtedy mogli nawet od razu jechać przed walką, bo fani nie zostawali na taki pojedynek. Tak się nie zachowałem ani ja, ani Buddy. Byliśmy gotowi dać fanom to, za co zapłacili. Nasza walka wyprzedała się w rekordowym czasie. Podjęliśmy decyzję, że możemy dać im jeszcze jedną taką walkę na następnej gali. Dlatego także zdecydowaliśmy pierwszą walkę wykorzystać co do minuty i po sześćdziesięciu minutach, taki był jej limit czasowy, odesłaliśmy fanów do domu z wynikiem remisowym. Chcieliśmy dać fanom wiarę, że obaj zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby zwyciężyć. Nasz plan był bardzo prosty, ale też bardzo efektowny. Mieliście dobrego gościa (mnie) i złego (Buddy'ego) w starciu przez całą walkę, a w pewnym momencie obaj siebie nawzajem znokautowaliśmy i sędzia odliczył do dziesięciu po 45 minutowej walce i zabrzmiał gong. Fani zaczęli szaleć, ponieważ myśleli, że w wyniku podwójnego wyliczenia żaden z nas nie opuści miasta. W momencie, w którym fani gotowi byli wzniecić zamieszki, sędzia nakazał nam kontynuować walkę krzycząc w stronę fanów - "Walka będzie kontynuowana!" Po czym wziął dwa wiadra z wodą i jedno wylał na mnie, a drugie na Buddy'ego. Byliśmy gotowi na kontynuacje, a fani zaczęli wariować na siedzeniach! Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było takie uderzenie Rose'a, że ten zaczął bardzo krwawić. Poszedłem za ciosem z kilkoma podejściami do pinów, ale Rose za każdym razem odbijał. Fani wrócili z powrotem do pojedynku i spodziewali się, że w każdej sekundzie mogę pokonać Buddy'ego. Jednak w 55 minucie postawiliśmy na psychologię ringową. Kiedy on leżał na ringu, wspiąłem się na liny i poleciał w jego kierunku, aby wykonać knee drop. Spudłowałem, a on szybko się podniósł i zaczął pracować na moją bolącą nogą, chcąc sprawić, abym się poddał. W tym momencie sędzia dawał informacje widzom ile czasu pozostało do końca. Oni z kolei skandowali - "Roddy, nie poddawaj się, pozostało tylko kilka minut!" Ja wciąż krzyczałem z bólu, który zadawał mi Buddy. Kiedy już byłem bliski poddania się, zabrzmiał gong i walka zakończyła się remisem. Fani skakali z radości na swoich miejscach, krzycząc, klaszcząc i dziękując, że się nie poddałem!

Fani dostali to, za co zapłacili i co chcieli zobaczyć. Rewanż został szybko zapowiedziany na kolejny tydzień i równie szybko rozeszły się bilety. Tym razem ja odgrywałem heela. Zostawiałem wszystko w rękach Buddy'ego Rose'a. Ja szukałem nowego wyzwania i nowych przeciwników w Północnej Karolinie. Byłem wdzięczny jednak za możliwość pracy z Buddym i odbycia z nim jednej z najlepszych walk w mojej karierze, a przede wszystkim za auto - Yellow Canary, którym mogłem podróżować całe dnie z prędkością ponad 170 kilometrów na godzinę i nic się nie psuło.

Teraz więc zostawiłem swoje lata w Portland za sobą i jechałem do Północnej Karoliny, gdzie Wschód spotyka się z Zachodem. Jak pamiętacie, w pewnym momencie opowiadałem, że moim odpowiednikiem na Wschodzie był Ric Flair. Teraz jednak obaj mieliśmy grać w jednej drużynie. Nie było już wielu wielu kilometrów oddzielających nas od siebie. Flair i ja mieliśmy walczyć w tym samym miejscu, idąc łeb w łeb. Czy była zatem tak duża szatnia, która pomieściłaby nas obu, młodych pionierów z wielkim ego? Miałem się tego dowiedzieć…

dodane przez Vercyn w dniu: 10-06-2012 17:12:44

Udostępnij

Komentarze (1)

Skomentuj stronę

: : (opcjonalnie) :

Książka nie schodzi z pewnego poziomu ani na chwilę.
Prawie cały czas w trasie, ciężka robota. Domyśliłem się jak to jest z dziewczynami, ale jak widać - nawet wrestlerzy mogą kogoś znaleźć[inna sprawa, że może się skończyć jak z Ceną]. Poza tym - porównania do Flaira? To mnie trochę zaskoczyło. A w kolejnej części ich spotkanie, to może być dobre.

napisane przez aRo w dniu : 24-06-2012

Reklama

Sondy

Obecnie najważniejsza walka WM 35 to? Brock Lesnar vs. Seth Rollins
Ronda Rousey vs. Becky Lynch vs. Charlotte Flair
Triple H vs. Batista

Komentarze i wyniki

Czat

Kontakt

Poznaj redakcję portalu.

Napisz do nas: redakcja@attitude.pl

Partner

plagiat

Reklamy