In the Pit with Piper: Hot Rod w Nowy Jorku, Wyjazd z Los Angeles do Portland

W tamtym czasie stawałem się czarną owcą. Gdyby ktoś z Was powiedział do mnie "wrestling is fake", to nie zdążyłby wydobyć z ust kolejnego słowa. Przeskoczyłbym przez stół i zacisnął swoje ręce na gardle takiej osoby. To jest normalna reakcja, kiedy ktoś kwestionuje sposób Twojego życia. Wtedy codziennie pojawiałem się w dojo u Gene'a LeBella, ucząc się, jak łamać kości. Gene jest jednym z najtwardszych ludzi, których znam. On uczył mnie wszystkiego, a w szczególności, jak wykorzystać swoje zalety przeciwko jakiemukolwiek napastnikowi. W ciągu dnia walczyłem w dojo, nocami walczyłem na ringu. Jednak żaden trening nie przygotowałby mnie na pamiętną walkę we Fresno. Za każdym razem, jak opowiadam tę historię to ludzie myślą, że było mi do śmiechu. Jeżeli mam być z Wami szczery, nie było mi do śmiechu wtedy, ani tym bardziej teraz.

Roy Scheiers, promotor z San Francisco, zapytał czy mnie zawalczyłbym z Niedźwiedziem. Zastanawiałem się kim jest "The Bear" i czy kiedykolwiek słyszałem o nim. Przyjąłem jednak tę propozycję. Cóż, przyjechałem nocą i spóźniłem się z klasą, jak zawsze, ponieważ jestem gwiazdą. Oczywiście nie jestem gwiazdą, nic z tych rzeczy. Nazywają nas tak dlatego, że chcą się przypodobać i przy okazji wypłacić mniej pieniędzy, dlatego zawsze unika się promotorów, jak ognia. Kiedy wreszcie dotarłem na arenę we Fresno i wszedłem do szatni stał tam na tylnych nogach wielki owłosiony stwór z butelką Wild Turkey pomiędzy łapami i popijał whiskey. Stwór opróżnił butelkę, rozbił ją o podłogę, a potem trener dał mu colę, którą ten wypił na jeden raz i kolejną butelką rzucił o ziemię. To było pierwsze co ujrzałem po wejściu do szatni - pieprzony pijany niedźwiedź! Jadąc do miasta myślałem, że zmierzę się z Niedźwiedziem-Człowiekiem, a nie stanę twarzą w twarz z prawdziwym żywym niedźwiedziem brunatnym! Poinformowano mnie, że zwierzę ma na imię Victor - tylko po jaką cholerę mi to było potrzebne. W szatni było 15 wrestlerów i jeden niedźwiedź i musiałem znać jego imię, aby móc go odróżnić? A poza tym ważył 300 kilogramów. Trener podszedł do mnie i wyjaśnił zasady walki z niedźwiedziem. Powiedział, że mam w żadnym wypadku nie uderzać zwierzęcia, bo ono ma wielkie łapy i potrafi jednym machnięciem zmiażdżyć głowę i złamać kark zanim się zorientuję. Na pocieszenie dodał, że obcięto jego pazury i pozbyto się przednich zębów, ostrzegając jednak, abym swoich palców nie przykładał zbyt blisko pyska, bo może jednak odgryźć. Pokazał także jak mam wejść w zwarcie z "misiaczkiem". Mam podejść do zwierzęcia blisko, a kiedy już tam będę to on dźgnie niedźwiedzia w dupę, aby stanął na tylnych łapach. Mam wtedy wejść pod jego przednie łapy, tak aby były na moich ramionach, a swoje ręce położyć na jego ramionach. Cóż, niedźwiedzie nie lubią stać, więc musiałem być w tym szybki, aby móc utrzymać go na nogach. Podsumowując, miałem tam pijanego brunatnego niedźwiedzia o imieniu Victor ważącego 3-krotnie więcej niż ja, który mógł odgryźć mi palce lub złamać kark podczas naszej walki. Kiedy podejmowałem decyzję czy chcę przez to przechodzić czy nie, mój stary kumpel Jay podszedł, klepnął mnie po tyłku, jak robią to piłkarze i śmiejąc się powiedział - "Dawaj dzieciaku!" Domyślam się, że śmiał się, ponieważ widział, jak bardzo jestem zdenerwowany wizją walki z niedźwiedziem.

Wszedłem więc do ringu, zabrzmiał gong, trener dźgnął pijanego niedźwiedzia kijem w dupę, wszedłem pod jego ramiona i ulokowałem się pod nim. W normalnej walce trzeba uzyskać pin po przyciśnięciu ramion przeciwnika do maty i odliczeniu do trzech. Kiedy walczysz z niedźwiedziem zdajesz sobie sprawę, że on nie ma ramion. Więc, jak do cholery mam go pokonać?! Niedźwiedzie to urodzeni wrestlerzy. Wiedzą, jak Cię obejść, jak chwycić ramię. To właśnie on mi zrobił. Następnie pamiętam, że znalazłem się na macie z pyskiem zwierzęcia przy moim tyłku. Nie potrafiłem rozgryźć, jak to się stało. Fani śmiali się histerycznie, jednak ja nie widziałem nic śmiesznego w tym. Wszystkie wskazówki od trenera odrzuciłem w tym momencie. Drapałem, biłem i robiłem wszystko co mogłem, ale wciąż miałem jego pysk przy mojej dupie. Widzowie śmiali się teraz tak bardzo, że płakali ze śmiechu i nie zmieniłby tego fakt, gdyby on mnie nawet zabił. Szarpałem się tam, bo naprawdę myślałem, że zginę. Pokazałem do trenera i krzyknąłem - "Zabierz tego skurwysyna ze mnie!" Walczyłem tam o swoje życie.

Zanim jednak powiem, co było dalej, muszę Wam wyjaśnić dlaczego niedźwiedź tak bardzo pokochał moją dupę. Wszystko sprowadza się do szatni i do tego klepnięcie przez mojego dobrego przyjaciela Jay'a. On nie okazywał mi wsparcia. Dokładnie to zamoczył swoja dłoń w miodzie, a potem klepnął mnie nią po spodenkach, dając powód niedźwiedziowi, aby polubił mój słodki tyłek. Zwierzak poczuł miód i chciał się nim delektować. Zrobił sobie z mojej dupy szwedzki stół. Ściągnął ze mnie nawet te spodenki. Jednak, kiedy skończył się miód, nie był zbyt szczęśliwy. Chciał mnie już tylko zabić. Trener wreszcie uspokoił bestię, jednak zabrało to trochę czasu. Były to jakieś dwie minuty, które dla mnie były dwoma dniami, ale po chwili znów niedźwiedź do mnie dopadł. Robiłem wszystko co mogłem, aby go spowolnić, ale on wciąż nacierał. Za każdym razem kiedy się obracałem, obrywałem od niego. Szczęśliwie, uspokajanie dało efekty i bestia zemdlała. Nie dbałem o to, że moje gacie był zsunięte do kostek, cieszyłem się, że żyję. Jednak śmiechom nie było wtedy końca. Podciągając spodenki i wychodząc z ringu zahaczyłem nogami o linę i zanurkowałem na główkę. Moja głowa w pierwszej kolejności spotkała się z betonem. Leżałem tam z moim gaciami ściągniętymi i dupą na wierzchu na widoku wszystkich. Cóż, kolejny dzień w wrestlingowym raju. Teraz pewnie myślicie, że to co zrobił mi Jay było złośliwe i niedobre, ale tak właśnie zachowują się wrestlerzy, tak grają.

Wracając jednak do czasów w Los Angeles. Zaczął ze sobą nosić Magnum .357. Razem z Yorkiem, byłym Marines, często rozmawialiśmy o broni palnej. Pewnego dnia, kiedy byłem na siłowni, zostawiłem pistolet w hotelu pokojowym we Flamingo. Wróciłem, ale sprzątaczki znalazły broń i stały tam doprowadzając do wielkiego zamieszania. Wcześniej zostałem nauczony podstawowych zasad. Pierwszą komorę nabojową należało zawsze mieć pustą, na wypadek gdyby przypadkowo broń miała wypalić. W kolejnej miał być "ślepak", bo gdyby ktoś biegł na Ciebie, można było spokojnie wystrzelić i wiedzieć, że się go nie zabije. Gdyby miał atakować nadal, należało wykorzystać kolejne cztery pełne komory! Przestrzegałem tych reguł dokładnie. Natomiast sprzątaczki nacisnęły spust i wystrzeliły ślepym nabojem! Dzięki Bogu! Myślały, że któraś z nich zginęła, ale na szczęście uspokoiłem je zanim wezwano policję. Gdyby wtedy policjanci przyszli do mojego pokoju, miałem bardzo wielkie kłopoty.

Najgorsze było to, że w tamtym momencie nie myślałem, że mogę jeszcze coś więcej osiągnąć. Byłem też bardziej lekkomyślny niż wcześniej. Odgrywałem w ringu buntownika, ale poza nim też zacząłem żyć tym życiem. Stałem się tą postacią nie myśląc o konsekwencjach. Nie oddziałem "dobrego" od "złego" wtedy. Mój świat miał swoje własne morale, własny wrestlingowy kodeks. Był on tak potężny, że prawie złamał mi życie. Złożyłem przysięgę, położyłem swoje słowo i swój honor, aby chronić pro wrestling. Patrząc na to z perspektywy czasu, miałem kłopot ponieważ ten kodeks zaszczepił się we mnie. Ci ludzi nadal są moją rodziną, moimi przyszywanymi braćmi. Przysiągłem bronić ich i pilnować ich pleców bez względu na okoliczności. To kosztowało mnie wiele pieniędzy i wiele nieprzespanych nocy w mojej karierze. Jednak bez względu czy dobrze czy źle - ten kodeks zdefiniował moje życie. Wrestling dał mi wiele lekcji: Zawsze dawaj z siebie 110% w walce; Kiedy skończysz walczyć unikaj kontaktu z promotorem, uciekaj od niego; Nigdy nie wycofuj się, nie stawiaj kroku w tył, trzymaj się twardo ziemi, nie uciekaj, nie poddawaj się. Wrestling dał mi także tożsamość. Nigdy nie byłem "postacią". Zawsze byłem Roddy Piperem. Ani ja, ani moje życie nie było na pokaz. Pro wrestling nie jest fałszywy. Wyniki mogą być z góry określone, tak, ale to Twój interes i Twój ból, który musisz wycierpieć, aby je otrzymać. To bardzo bardzo prawdziwe. Wrestling wziął tego dzieciaka, Rodericka George'a Toombsa i uformował go. Zrobił z niego człowieka znanego, jako "Rowdy" Roddy Piper. Im bardziej agresywny byłem, tym byłem lepszy, tym częściej ludzie się wycofywali, tym bardziej komfortowo się czułem, zwłaszcza przy wywiadach. Teraz wiem, że ta agresja była maską, pewną tarczą. Pod tą twardą skorupą jestem spokojnym człowiekiem z uczuciami, jednak mając maskę nikt nie może zranić tych uczuć. Nauczyłem się być jednoosobową samowystarczalną drużyną, która przetrwa wszystko. Gdybym miał wybrać najważniejszą rzecz, której nauczyłem się w swoim życiu, to jest nią to, że na koniec dnia zostaję tak naprawdę sam ze sobą, nikomu nie zależy. Zawsze jest wtedy wybór - zrobić to albo zginąć. To jest moja największa filozofia. Bycie nazywanym "tchórzem" jest takim poniżeniem, że wolałbym zginąć niż wiedzieć, że ludzie zapamiętaliby mnie, jako tchórza.

Bycie samotnikiem z mottem "do or die" naznaczyło mój sposób walki. Byłem każdej nocy na ringu. Stało się to rutyną. Albo kopałem tyłek jakiegoś przeciwnika albo byłem częścią jakiegoś większej bójki. Będąc bardziej agresywnym za mikrofonem i na macie, stałem się bardziej rozpoznawalnym zawodnikiem w biznesie. Agresja nie była odgrywana, była prawdziwa. Odnalazłem wreszcie sposób, aby uwolnić zamknięte we mnie emocje. Moje występy zwróciły wiele uwagi na Zachodnim Wybrzeżu, a przez to także wśród promotorów w całym kraju. Mike LeBell donosił wszystkim promotorom wrestlingowym, jak na przykład główny na Wschodnim Wybrzeżu - Vince McMahon Senior, jak bardzo jestem popularny i jak wielkie pieniądze przyciągam. Nawet pomimo tego, że byłem heelem, publiczność miałem po swojej stronie. Moja unikalna osobowość i styl walki przyciągały fanów do areny w rekordowych liczbach. Szum wokół mnie stał się tak wielki, że McMahon Sr. chciał ściągnąć mnie do Nowego Jorku do Madison Square Garden. Wszyscy wiedzieli o tym zanim, ja się dowiedziałem. Wieść rozniosła się po całym kraju - "cudowny chłopak" jedzie do Nowego Jorku. To było rzeczywiście coś wielkiego, ponieważ miałem dwadzieścia lat. Nigdy wcześniej w Nowym Jorku nie walczył tak młody zawodnik uważany za main eventera. Pamiętam co powiedział mi LeBell:
- "Dzieciaku, co Ci mówi MSG?"
- "To coś co dodają do chińskiego żarcia?"
- "Nie. Co Ci mówi MSG?"
- "Mike, nic mi to nie mówi."
LeBell zrobił się cały czerwony.
- "Madison Square Garden! Zabookowałem Ciebie w Madison Square Garden!"
Tak zostałem poinformowany o wizycie w "Wielkim Jabłku". Jak się okazało, nie tylko zdobyłem doświadczenie w walce w MSG, ale także dostałem bardzo trudną i cenną lekcję. Stałem się ofiarą częstej praktyki w tym biznesie, nazywanej "ribbing on the square". Nie to żadnego związku z żadnym fizycznym kontaktem. "Ribbing on the square" to najbardziej śmiercionośna broń w pro wrestlingu. Rodzaj słownej walki ubrany w humor. Wyobraźcie sobie, że to może wywołać poważne zniszczenia w czyjejś psychice. "Ribbing" jest bardzo często praktykowany w tym biznesie. Robią to wrestlerzy, promotorzy. Zamiar jest jednak zawsze taki sam: sprowadzić niczego niepodejrzewającą ofiarę na kolana i, w niektórych przypadkach, się jej pozbyć. Pamiętam, jak pewnego razu w Portland jeden z wrestlerów, który ściągał wielu widzów, poczuł że otrzymuje zbyt mało pieniędzy. Bardzo często jeździł po promotorze, chcąc otrzymać więcej pieniędzy, ale "P" nie chciał mu płacić.

W tym czasie National Wrestling Alliance (NWA) organizowało rocznicowe konferencje w Vegas i wszyscy regionalni promotorzy mogli w nich uczestniczyć. Rozmawiali tam między innymi o tym, jak utrzymać niskie płace dla zawodników. Nie chcieli, aby jakiś zawodnik z Zachodniego Wybrzeża pogadał z jakimś zawodnikiem z Wschodniego Wybrzeża, a tym bardziej porównał swoje zarobki. Chcieli, aby myślał, że zarabiają tak samo. To była zorganizowania tyrania. Więc na tej konferencji, promotor z Portland powiedział, że konkretny zawodnik sprawia mu ostatnio problem i chce większe pieniądze. Ktoś z Kansas City zgodził się mu pomóc i kilka tygodni później pojawił się na evencie w Portland. Po walce wywołał tego wrestlera i powiedział - "Człowieku, byłeś świetny. Chciałbym mieć kogoś takiego, jak Ty. Ile Ci tutaj płacą?" Wrestler pomyślał, że to jest jego szansa. Powiedział, że nie jest zadowolony z pracy w Portland, że czuje się niedowartościowany. Promotor z Kansas odpowiedział - "Dlaczego nie zrobisz właściwej rzeczy? Nie chcesz palić za sobą mostów? Przeprowadź się z żoną i dziećmi do Kansas City. Znajdziemy Ci ładny dom. Mamy dobre szkoły. Będziesz ustawiony." Zawodnik to zrobił. Zapakował rodzinę i przenieśli się. Zabookowali go w Kansas City tylko jeden raz, a potem już go więcej nie wykorzystali. Gość został bez pracy, a dopiero co przeprowadzili się, kupili nowy dom, ulokowali dzieciaki w szkole, a promotor przypomniał w tak sposób, kto jest czyim szefem. To był właśnie bardzo bardzo poniżający "ribbing on the square".

Doświadczyłem czegoś takiego, jak "ribbing" już wcześniej, ale dopiero w Nowym Jorku otrzymałem lekcję, które długo potem nie zapomniałem. Tak szybko, jak LeBell załatwił mi Nowy Jork, tak samo szybko obdzwonił całą rodzinę i wszystkich znajomych. Nawet jego matka wiedziała, że będę walczyć w Madison Square Garden. Promotorzy mieli zjechać z całego świata, z Meksyku, z Japonii, z Niemiec. Każdy kto coś znaczył w tym biznesie chciał zobaczyć "cudowne dziecko", które wyprzedawało eventy na Zachodnim Wybrzeżu. Przygotowując się do wyjazdu zacząłem trochę więcej jest, aby przybrać nieco na wadze. Trenowałem także bardzo ciężko. Nowy Jork to było miejsce naprawdę wielkich gości. Wystarczy przypomnieć tylko Andre the Gianta, który ważył ponad 200 kilogramów i mierzył ponad 220 centymetrów, czy Billy'ego Grahama. Nie było tam nikogo ważącego poniżej 120 kilogramów. Byłem karłem w świecie gigantów. Ważyłem 95 kilogramów i miałem 185 centymetrów wzrostu. Wiedziałem, że muszę zacząć trenować na różne sposoby i przybrać trochę na wadze. Kolejną rzeczą w moich przygotowaniach były odpowiednie zakupy. Kupiłem skórzaną kurtkę. Kosztowało mnie to kilkaset dolarów, a wtedy była to spora suma. Chciałem jednak wywrzeć dobre wrażenie w Nowym Jorku. Wtedy nie miałem praktycznie nic więcej w szafie poza zielonym sztruksowym garniturem, parą jeansów i mokasynami. Musiałem trochę w siebie zainwestować, aby móc odnieść sukces. Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, Killer Brooks podrzucił mnie na lotnisko. Podwiózł mnie pod same drzwi i miałem już wychodzić z auta. Zawiesiłem się jednak na chwilę, bo coś mi mówiło, abym tam nie leciał, bo coś jest nie tak. Odwróciłem się do Killera i powiedział - "Zabierz mnie do domu." Od zdziwiony odpowiedział - "Co? O czym Ty mówisz?" Powtórzyłem to jeszcze raz. On spojrzał na mnie, jakby miał dwie głowy i powiedział - "Oszalałeś kurwa? To jest Madison Square Garden!" Powtórzyłem - "Killer, sam nie wiem. Coś mi podpowiada, żebym nie jechał. Zabierz mnie do domu." Zawiózł mnie do domu, a ja okłamałem LeBella i McMahona mówiąc, że była zła pogoda i odwołano mój lot do Nowego Jorku. Ten jeden jedyny raz w całej swojej wrestlingowej karierze stchórzyłem, nie udźwignąłem tego. Czułem to w jajach. Nie chciałem tam jechać. Myślałem, że to będzie koniec, ale tydzień później, kiedy przybyłem do Olympic Auditorium, Mike LeBell przyszedł i powiedział - "Hej, nie martw się. Przebookowałem Ciebie na kolejną kartę w MSG." Bardzo szybko w myślach powiedziałem do siebie - "Kurwa mać. Żartujesz sobie? Nie chcę tam jechać." W MSG organizowano wrestlingowe eventy raz na 3-4 tygodnie i Mike postanowił mnie wpisać w najbliższą kartę. Teraz tym bardziej przestraszyłem się podróży do Nowego Jorku. Dlaczego? Nie wiem. Możecie zapytać Sigmunda i jego brata Freuda, może Wam odpowiedzą. Ja wiedziałem tylko, że miałem jechać do Nowego Jorku walczyć i tego bardzo nie chciałem. Ale czy tym razem miałem jakieś wyjście? Mike był gościem, którzy bardzo wspierał mnie, a przede wszystkim uczynił mnie przełomową postacią tego biznesu i pomógł wyrobić moją markę, moje imię. Próbowałem jednak na wszystkie sposoby dokonać sabotażu tej wyprawy. Czy byłem szalony? Przecież to była ta jedna jedyna szansa w życiu. Mike nadstawił swojej głowy i zabookował mnie po raz drugi. Nie było mowy, aby dwa razy z rzędu nie mógł tam polecieć, zwłaszcza jeżeli chciałem zostać w tym biznesie. Wreszcie opanowałem strach i pojechałem do Madison Square Garden, gdzie otrzymałem prawdziwą ciężką lekcję, która zahartowała mnie jako człowieka, ale także jako profesjonalnego wrestlera.

Przyjechałem do miasta i udałem się na arenę. Byłem trochę zdenerwowany, ale nie dałem po sobie tego poznać. Na zapleczu powitali mnie bardzo mili ludzie. Byli wśród nich Captain Lou Albano, Freddie Blassie, The Grand Wizard, Domenic Denucci i wielu wielu innych zawodników, którzy chcieli mieć pewność, że poczuje się dobrze. Lou, Freddie i Wizard podeszli i powiedzieli - "Hej, chłopaku, widzieliśmy Ciebie w telewizji. Nie chcemy Ciebie tutaj - jesteś za dobry." Wszyscy się zaśmialiśmy. Życzyli mi powodzenia i poklepywali po plecach, a ja pomyślałem wtedy - "O, czy to nie jest miłe, jak miły komplement. Dlaczego byłem taki zdenerwowany. Nie jest tak źle." Poszedłem do szatni przygotowywać się do walki. Wszedłem do niej i udałem się w najodleglejszy narożnik, który znalazłem. Założyłem kilt, buty, wziąłem dudy i byłem gotowy do wyjścia. Musiałem swój instrument jeszcze odpowiednio przygotować - nawilżyć stroiki. Jest to bardzo specyficzny instrument i przygotowanie go zabiera trochę czasu i jest denerwujące, zwłaszcza jeżeli jest się w niewielkim pomieszczeniu z innymi wrestlerami. Robiłem jednak to już wiele razy przez całą swoją karierę i po kilku pierwszych dźwiękach nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Wtedy jednak zobaczyłem różnicę pomiędzy wrestlerami z Zachodniego a ze Wschodniego Wybrzeża. Ci na zachodzie, kiedy przygotowywałem dudy, byli przyjaźni i pomocni. Natomiast Ci ze wschodu byli dziwni. Kiedy wydobyłem kilka dźwięków, Ci którzy chcieli, abym czuł się jak w domu, pokazali, że to był właśnie "ribbing" z uśmiechem na twarzy. Mój czas nadszedł. Ubrany, gotowy do wyjścia grałem przez chwilę na dudach w holu. Chciałem także rozgrzać się trochę przed walką, więc jakieś dziesięć minut wcześniej odłożyłem dudy w szatni i poszedłem zrobić kilka pompek i przysiadów w holu. Miałem sprawiać wrażenie trochę większego niż byłem. Po wykonaniu kilkuset pompek, byłem już gotów, aby stawić czoło gigantom. Wróciłem po instrument i wyszedłem do tego sławnego ringu. Kiedy razem z przeciwnikiem stanęliśmy w ringu w drugiej walce wieczoru, konferansjer poprosił widzów o ciszę. Zapowiedział, że specjalnie dla nich Roddy Piper zagra narodowy hymn Szkocji. Uspokojenie widzów zabrało około 3-4 minut. Ciężko jest zapanować na 24-tysięcznym tłumem Nowojorczyków. Wszyscy skierowali na mnie swój wzrok. Widziałem także wrestlerów z zaplecza, którzy schowani za kurtyną podglądali co się dzieje. Oni także postanowili dowiedzieć się, dlaczego nazywano mnie "cudownym dzieckiem". Pewny siebie w tym czasie dmuchnąłem w dudy, aby zacząć grać. Dmuchnąłem i ścisnąłem. Dmuchnąłem i ścisnąłem. Dmuchnąłem i ścisnąłem tak mocno, jak tylko pozwoliło mi moje ramię, ale nic to nie dało. Żaden dźwięk się nie wydobył - "Co się kurwa dzieje? Co jest nie tak z dudami?" Spróbowałem jeszcze kilka razy, aż twarz mi cała poczerwieniała. Spojrzałem na konferansjera, a on trzymał mikrofon i czekał. Mój przeciwnik zaczynał być niespokojny. Widzowie także nie byli zachwyceni. Ich spojrzenia mówiły same za siebie - "Odeślijcie amatora do domu. Przyszliśmy zobaczyć profesjonalistów." Wreszcie frustracja i zakłopotanie wzięły górę. Wyrzuciłem dudy i uderzyłem na gościa. Spinowałem go w 2-3 minuty, zszedłem z ringu i udałem się do szatni, aby dowiedzieć się, co poszło nie tak. Dzieciak znikąd przybył na światową wielką scenę z wielkimi wrestlerami i nawalił. Widzowie oczekiwali zagrania na dudach, a potem dobrej walki, a co ja im dałem? Nic. Usiadłem na podłodze w szatni. Byłem zbyt zakłopotany, aby spojrzeć komukolwiek w oczy. Kiedy już wszystko zostało powiedziane i zrobione, Vince McMahon Sr. powiedział, przez posłańca - "Nie dzwoń do nas. My się z Tobą skontaktujemy." To był pierwszy zły sygnał dla mnie, a ta noc była prawdopodobnie największym żartem w tym biznesie od kilku miesięcy. W drodze powrotnej do L.A. sprawdziłem dudy, aby zobaczyć czemu nie grały. Przypływ złości dopadł mnie w momencie, w którym wcisnąłem dłoń i wyciągnąłem dwa metry papieru toaletowego. Skurwysyny! Później dowiedziałem się, że to była sprawka Freddiego Blassie. Ten fałszywy drań i pozostali byli tacy mili, uśmiechający się w szatni, a z drugiej strony coś takiego. Jednak ostatni uśmiech należał do mnie, o czym się potem dowiedziałem. Zrozumiałem także, że kiedy mówili "Nie chcemy Ciebie tutaj - jesteś za dobry.", mieli na myśli - "Nie chcemy Ciebie tutaj - jesteś za dobry. Chcemy zachować swoją pracę." Chcieli mnie zastraszyć. Bardzo bali się, że przeskoczę do ich regionu. Było to niestety niewielkie pocieszenie. Szkody były już wyrządzone. Nawaliłem pierwszy raz w swojej karierze, ale najgorszy był fakt, że zostałem zmanipulowany przez najlepszych w tym sporcie, a oni ograbili mnie z młodzieńczego marzenia - bycia na szczycie. Musiało minąć 10 lat zanim zostałem ponownie zaproszony do Nowego Jorku. Tamta noc w MSG była prawdziwą życiową lekcją dla mnie.

Wiele lat później miałem swój epizod w serialu "Walker, Texas Ranger". Poznałem Chucka Norrisa, z którym się zaprzyjaźniłem. Chuck i ja trzymaliśmy się razem nie tylko dlatego, że byliśmy i aktorami i sportowcami, ale także dlatego, że obaj mieliśmy takie samo podejście do żartów. Wymieniliśmy się doświadczeniami z naszego życia, tymi dobrymi i złymi, i pamiętam kiedy powiedział mi, że nie lubi osób robiących sobie z niego podstawy swoich żartów. Przytaknąłem mu i opowiedziałem o poniżającym incydencie w Nowym Jorku, o tym, że bardzo mnie to zabolało i, że byłem bardzo zły na samego siebie, że dałem się wyprowadzić z równowagi. Teraz patrząc na to, wiem, że to była gigantyczna lekcja dla mnie, ale trudna. Jednak to nie powtórzyło się już nigdy więcej.

Inna niesławna "ribbing war" wydarzyła się wcześniej w mojej karierze i prawie kosztowała wrestlera jego życie - dwukrotnie. Zaangażowało się w nią dwóch wrestlerów, którzy za bardzo chcieli psocić i zatracali się w tym. Jednym z nich był Johnny Valentine - wielki gość, który wchodził do ringu w długiej todze i wpatrywał się fanów. Wierzyli w Johnny'ego i wszystko, co robił w ringu. Był świetny w ringu. Pamiętam, jak będąc jeszcze młodym wrestlerem obserwowałem go podczas walki w Houston. Byliśmy w tej samej karcie. Drugim był Jay "The Alaskan" York, z którym trzymałem się w L.A. Miał ponad 2 metry wzrostu, łysą głowę, brodę i nosił koszulkę Pendeltona, która odsłaniała jego wielką owłosioną klatę. Miał także wielki pas, jeansy i buty z cholewami. A tak, prawie zapomniałem o jego podstawowym wyposażeniu - 3,5 metrowy bicz, którym jak pamiętacie, ocalił mnie przed szaloną wiedźmą i jej kolegami. W tym samym czasie obaj walczyli na jednym terytorium, więc zaczęli się ścierać - wszystko dla zabawy. Valentine kochał srać wrestlerom do butów. Miał bardzo wyjątkowy talent, którego jeszcze nie widziałem u nikogo po dziś dzień. Kiedy już nasrał do buta niczego nieświadomej ofiary potrafił jeszcze idealnie wykończyć swoje dzieło z takim charakterystycznym zawijasem. Wyobraźcie to sobie przez chwilę. Ten olbrzym nie tylko załatwia się do buta biednej duszyczki - także stara się perfekcyjnie wykończyć dzieło! No kurwa! Klasyczne gówno! Nikt nie potrafi czegoś takiego zrobić! Jakby tego było mało i samo gówno w bucie by nie wystarczyło, Johnny wywinął także Yorkowi numer w Kanadzie. Wziął wąż ogrodowy, podłączył pod kran, wsadził do nowego Cadillaca Yorka i wypełnił go wodą. Aha, zapomniałem powiedzieć, że to miał miejsce w Kanadzie zimą! Nie muszę dodawać, że York miał wielką kostkę lodu w aucie rano. Miesiąc później Jay odgryzł się. Kiedy Johnny upijał się w nocnym klubie, Jay wynajął spawacza, którzy przyspawał auto Valentine'a do parkometru. Powiedział mi, że poczeka do 4 rano, aż Johnny chwiejnym krokiem wyjdzie z baru i będzie szukał auta. Dodał, że pewnie nawet nie zauważy co zrobił, a potem wsiądzie i będzie chciał odjechać. Jednak nie tak się miało stać. Johnny wsiadł do auta, wcisnął gaz i próbował ruszyć z miejsca, aż nagle pojawiło się wokół wiele dymu i smród palonej gumy. Może był zbyt pijany, aby zauważyć, że stoi w miejscu. Próbował cofnąć auto, ale też mu nie wyszło. Wysiadł, wrócił do baru, aby wezwać lawetę, bo myślał, że coś nie tak z autem. Wyszedł i dopiero zobaczył żelazny kątownik zespawany z autem i parkometrem. Doprowadziło go do krzyku i furii.

Teraz przyszła kolej na niego. Johnny miał Halliburtona, rodzaj zamykanej walizki, którą chcieli wszyscy wrestlerzy, ale nie było ich na nią stać. Rolex i Halliburton było oznakami sukcesu - Johnny miał je obie. Za każdym razem kiedy walczyliśmy, dawaliśmy mu swoje kosztowności, aby schował je w swojej bezpiecznej walizce. Od kiedy Valentine stał się main eventerem, zawsze pojawiał się na końcu, a większość nocy spędzał w szatni, podczas gdy wszyscy byli na ringu bądź przy wyjściu. Johnny siedząc w szatni zauważył, że Jay York zostawił swój inhalator na wierzchu. Jay miał astmę i po walce musiał wykonać kilka wziewów. Johnny wziął inhalator - York walczył wtedy w ringu - opróżnił go i napełnił gazem z zapalniczki. Kiedy Jay wrócił po niego, wziął kilka wdechów i bardzo szybko zaczął się trząść. Nie mógł nabrać oddechu. W tym samym czasie Valentine był już w ringu i walczył w pojedynku, który zwykle trwał z 40-45 minut. Kiedy Jay doszedł do siebie, rozgryzł co się stało. Wściekł się. Ubrał się szybko, poszedł do samochodu, chwycił swojego shotguna i włożył pod swój płaszcz. Wrócił do szatni, a Johnny był już pod prysznicem. Kiedy wyszedł, Jay odsłonił płaszcz i wycelował naładowanego odbezpieczonego shotguna w niego. Chciał go zabić. Valentine podszedł do Jay'a, spojrzał mu w oczy i zaczął się śmiać, nie wierząc, że ten może pociągnąć za spust. Coś drgnęło w Jay'u i odsunął broń. Był jednak na tyle wkurzony, że skierował ją w stronę walizki i strzelił robiąc w niej 15-centymetrową dziurę. Rozwalił przy okazji wszystkie cenne rzeczy, które tam schowaliśmy. Dwóch wrestlerów w wyniku huku nie słyszało przez dwa dni. Jay powiedział mi potem, że tylko ten kontakt wzrokowy uratował życie Johnny'emu. Gdyby nie zaczął się śmiać, Jay wypaliłby do niego. Johnny jednak nie zdawał sobie sprawy jak bardzo poważny był wtedy Jay. Dowiedział się jednak następnego poranka, kiedy jego auto nie chciało odpalić. Wysiał, otworzył maskę i znalazł tam laskę dynamitu wplątaną rozdzielnik. Jay nie chciał jednak go wysadzić, a pokazać mu jak daleko się posunął, kiedy zamienił mu lek na gas z zapalniczki. Siedli pewnego wieczoru razem i powiedzieli, że już dosyć. Tak przynajmniej myśleliśmy. Kilka miesięcy później kiedy Johnny był pod prysznicem o walce, stało się coś niedobrego. Harley Race i kilku innych zawodników było w szatni łapiąc oddech, kiedy Jay wpadł do szatni. Valentine wyszedł spod prysznica, a York krzyknął - "Ty skurwysyni. Mówiłem Ci, żebyś nigdy więcej nie zadzierał ze mną! Mówiłem, Ci że Cię zabiję!" Wyciągnął wtedy Magnus .357 z kurtki, wycelował i wystrzelił w Johnny'ego. Wyglądało to tak, jakby pocisk uderzył w niego, krew się polała wszędzie, a Johnny zaczął się trząść. Wpadł w narożnik prysznicu i chwycił się za klatkę. York zaczął się powoli rozglądać. Nie wiedział, że Harley Race, który stał po jego prawej stronie, podmienił mu pistolet i schował pod jego ręcznikiem. Harley powiedział do Yorka, aby opuścił broń, ale Jay nie posłuchał. Race sięgnął pod swój ręcznik, położył palce na spuście swojego pistoletu i raz jeszcze kazał Yorkowi opuścić broń. Jednak ten znów nie posłuchał. Kiedy Harley wycelował w Jay'a, Valentines zaczął się śmiać, wstał i wyszedł spod natrysku, pokazując wszystkim tubki po keczupie. Wszyscy staliśmy zdziwieni, nie tylko z powodu tego zamieszania, ale przede wszystkim tego, jak blisko było, aby Harley strzelił do Yorka! Jednak powiniem był się tego domyślić. Pamiętacie co powiedziałem o zasadach ładowania nabojów do Magnua? Pierwsza komora pusta, w drugiej ślepak…jednak York zrobił z nas wszystkich głupków.

Valentine był mistrzem i w ringu i poza nim. Lubił mnie i nigdy nie zapomnę rad, których mi udzielił. Powiedział - "Nie sprawię, aby uwierzyli, że wrestling jest naprawdę, ale jestem pewien, że sprawię, aby uwierzyli, że ja jestem prawdziwy." Wziąłem sobie te słowa do serca i od tamtego momentu stały się mottem mojej kariery.

Po trzech i pół roku podjąłem decyzję, aby pożegnać się z Los Angeles, z Leo Garibaldim i z Genem LeBellem. Nadszedł czas, aby przywitać się z Portland w Oregonie, z moim starym przyjacielem Buddym Rosem i lokalnym promotorem Donem Owensem. Pierwszy raz spotkałem Buddy'ego kiedy zaczynał swoją przygodę z AWA dla Verne'a Gagne'a. Nie wiedziałem go od lat, ale potem przyjeżdżał do L.A. na tor wyścigowy. Rose walczył w Portland i był tamtejszą wielką gwiazdą. Zaproponował mi pewnego razu, abym przyjechał walczyć do Portland, ale odmówiłem mu. Jednak im dłużej myślałem o tej ofercie, coraz bardziej się do niej przekonywałem. Wiedziałem, że aby stanąć na szczycie tego sportu muszę piąć się cały czas wyżej i wyżej. To był wielki krok dla mnie. To była także jedna z najtrudniejszych decyzji dla mnie, ponieważ musiałem zostawić L.A., które zrobiło ze mnie main eventera. Musiałem udać się w miejsce, w którym wiele osób mnie nie znało i zaczynać wszystko od nowa. W Mieście Aniołów byłem królem. Dlaczego miałem opuszczać największe rozrywkowe miasto na świecie i przenieść się do mieściny? Jak miałbym o tym powiedzieć LeBellowi albo Garibaldiemu? Łatwiej byłoby mi odejść, gdybym nie przyciągał tłumów. Łatwiej mieliby też promotorzy i bookerzy. Niestety oni wszystko budowali na mnie. Byłem im coś winien. Zawdzięczałem im tak wiele. Leo był geniuszem, przygotował mnie mentalnie, natomiast Gene - fizycznie. Dzięki im wskazówkom mogłem rozwinąć swój własny styl, który pozwolił dodać do Rowdy'ego Pipera przydomek "Rowdy", ponieważ prezentowałem uliczny styl walki. Było to bardzo niekonwencjonalne akcje - wiele kopnięć, wsadzanie palców w usta przeciwnika, duszenie, szczypanie i wiele więcej - których nie było w normalnej profesjonalnej walce. Miałem mieszane uczucia przenosząc się do Portland. Jednak zdecydowałem się na to. Może to nie wiązało się z nadmierną ilość zdrowego rozsądku, ale na pewno wymagało posiadania ogromnych jaj.

Po 3,5 latach spędzonych razem, Leo powiedział mi na odchodne - "Dzięki za całą krew i jaja, dzieciaku." Nie uścisnął mi nawet dłoni. Taka jest natura tego sportu. Wrestlerzy przychodzą i odchodzą, a Ty nie powinieneś być z nimi blisko. Jednak Leo i Gene dali mi narzędzia, dzięki którym odniosłem sukces. Opuściłem Miasto Aniołów, jako pro wrestler, gotowy na wszystko. Byłem gotów wziąć się za bary z każdym i ze wszystkim. Niczego się nie bałem.

dodane przez Vercyn w dniu: 27-05-2012 21:13:55

Udostępnij

Komentarze (5)

Skomentuj stronę

: : (opcjonalnie) :

Świetny fragment będący piorunującą mieszanką entertainmentu (motyw z niedźwiedziem mnie zniszczył :twisted: ) i szczerego (?) rozrachunku z przeszłością. Paskudny numer wycięli Piperowi koledzy po fachu podczas jego pierwszego występu w Nowym Jorku. W ogóle to oprócz tych wszystkich zabawnych momentów, w biografii Rowdy'ego jest sporo goryczy.

Mam dwa pytania, Vercyn:

1. Czy autorem biografii jest sam Piper, czy też powstała ona przy współpracy z jakimś zawodowym pisarzem?

2. Czy w dalszej części biografii znajdziemy jakieś informacje o karierze aktorskiej Rowdy'ego?

napisane przez Grishan w dniu : 28-05-2012


Cytat:

1. Czy autorem biografii jest sam Piper, czy też powstała ona przy współpracy z jakimś zawodowym pisarzem?
'
To jest autobiografia, więc siłą rzeczy opowiada nam Piper, jednak książka była pisana przez Roberta Picarello.

Cytat: Grishan
2. Czy w dalszej części biografii znajdziemy jakieś informacje o karierze aktorskiej Rowdy'ego?

Ciężko mi to stwierdzić, gdy książkę czytam i tłumaczę na bieżąco.


Jak już pisałem pod którąś wcześniejszą wrzutą - ta autobiografia różni się bardzo, ale to bardzo, od książki Mysterio. Widać, że jeszcze bardziej szczera, a Piper podchodzi do wszystkiego zupełnie inaczej niż Rey - nie wybiela siebie, nie robi z siebie przyjaciela wszystkich. Jestem ciekawy autobiografii Edge'a "Adam Copeland on Edge", a bardziej tego na ile WWE w nią ingerowało. W przypadku Rey'a, Edge'a czy nawet SCSA ("Stone Cold Truth") to jest pewne i w ciemno można stawiać, że wiele rzeczy przeszło przez cenzurę. Natomiast w przypadku Pipera szczerze wątpię, aby on miał to konsultować z kimkolwiek z WWE, o czym przekonać się można w rozdziale poświęconym aferze sterydowej czy WrestleManii I.

napisane przez Vercyn w dniu : 28-05-2012

Świetny rozdział książki Pipera i standardowo - świetna robota, Vercyn. Rozdział brutalnie odziera wrestling z całej wyjątkowej otoczki i pokazuje, że to tylko "kolejne miejsce pracy", gdzie trwa wyścig szczurów, często musisz współpracować z pojebami, a chętnych, aby podłożyć Ci świnię - nie brakuje. Gorzka ta biografia Roddy'ego, ale przez to też jeszcze bardziej poruszająca i realistyczna. Piper świetnie pokazuje jak ciężką pracą jest (a może raczej "było", bo sądzę że obecnie nie jest to już aż taki hardcore jak za czasów opisywanych przez "Szkota") bycie wrestlerem i że nie są to tylko wygłupy w ringu i pajacowanie ku uciesze gawiedzi - jak uważają często laicy.
Z niecierpliwością będę czekał na kolejne tłumaczenia, bo ten brak "politycznej poprawności" Pipera to zdecydowanie Faktor X tej biografii i na mnie osobiście zajebiście to działa (czytając, nie czuję że ktoś usiłuje nawijać mi makaron na uszy, czy robić werbalnie laskę swojemu pracodawcy).

napisane przez -Raven- w dniu : 28-05-2012


Cytat: -Raven-

(czytając, nie czuję że ktoś usiłuje nawijać mi makaron na uszy, czy robić werbalnie laskę swojemu pracodawcy)


Ciekawe czyją autobiografie masz na myśli :D

napisane przez Kejrol w dniu : 02-06-2012

Genialny fragment, najlepszy był ten pijany niedźwiedź :D A dalej można poznać kolejne ciekawe fakty z zaplecza, co jest chyba 1 z najbardziej interesujących rzeczy w światku wrestlingu.
Czekam na więcej... No tak, są kolejne rozdziały, trzeba nadrobić zaległości.

napisane przez aRo w dniu : 16-06-2012

Reklama

Sondy

Obecnie najważniejsza walka WM 35 to? Brock Lesnar vs. Seth Rollins
Ronda Rousey vs. Becky Lynch vs. Charlotte Flair
Triple H vs. Batista

Komentarze i wyniki

Czat

Kontakt

Poznaj redakcję portalu.

Napisz do nas: redakcja@attitude.pl

Partner

plagiat

Reklamy