12 groszy #8 – Alternatywna wizja historii
Reya Mysterio krytykuje się za to, co nie jest jego winą. Push, który dostał, był skutkiem ubocznym śmierci Eddiego Guerrero, a obniżenie lotów (dosłownie i w przenośni) wynika z polityki WWE. Głównie, bo przecież latka lecą. Ale czy to oznacza, że Rey jest cienki? Nie, wciąż jest dobrym wrestlerem, choć może nie tak, jak kiedyś. Największym problemem wydaje się jednak to, że uwielbiają go dzieci. Dlaczego? Bo The Great Khali, który nie ma wśród nich takiego poparcia, nie budzi większych emocji. A jego sukcesy są odwrotnie proporcjonalne do umiejętności, jakby ktoś zapomniał. I oczywiście statystyczny user zapytany o to, co o nim sądzi, powie, że jest be, bo to, czy tamto. O Meksykanina nie trzeba natomiast nawet pytać. Stosunek do niego zmienił się o 180 stopni. Z powszechnie lubianego w środowisku zapaśnika przeistoczył się w obiekt żartów. To samo spotkało zresztą DX. Można więc powiedzieć, że dziś kibicowanie Mysterio to obciach.
Przyjmijmy, że mamy nie 2008, a 1998, przy czym nasze strony i fora stoją na obecnym poziomie, dostęp do Internetu jest równie szeroki, a Polsat 2 (Extreme Sports Channel jeszcze nie istnieje) emituje Nitro zamiast Worldwide. W zanadrzu jest jeszcze TNT. Rzeczywistość WCW wygląda następująco: największą gwiazdą i największym facem zarazem jest Sting, który dopiero co odebrał World Title Hollywoodowi Hoganowi. Wcześniej tydzień w tydzień samodzielnie stawiał czoła całemu nWo. Jeden na dziesięciu? No i co z tego? Dla czarno-białego bohatera nie ma rzeczy niemożliwych! Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, publiczność wzywa go, skandując: „we want Sting”. Wtedy pojawia się znikąd i robi porządek. A każde dziecko na widowni i przed telewizorem chce mieć maskę ze wzorem jego make-upu. Jakieś skojarzenia?
Polskie fora wrestlingowe coraz częściej zaszczycają swoją obecnością dwunasto-trzynastolatkowie, którzy czczą Stingera niczym złotego cielca. W ich avatarach i sygnaturach nie może zabraknąć kruczych motywów. Prześcigają się przy tym w pisaniu mniej lub bardziej, ale zawsze markowych postów. Jedni chwalą się, że przed każdą galą malują twarze, inni, że zaprowadzają sprawiedliwość przy pomocy Deathlocka, a jeszcze inni… Nieważne. Od czasu do czasu ktoś rzuci mięsem w tych, którzy nie uważają, że „Sting jest najlepszy na świecie” lub zasłaniają się jakimś bookingiem, wyjaśniając jego nadludzką siłę. Wszyscy fani ringowego wcielenia Steve’a Bordena obowiązkowo nienawidzą Hogana, który jest tchórzem, stosuje nieczyste chwyty i zasłania się kolegami. Przeklinają go wszędzie, gdzie się da. W temacie „Jak trafiliście na forum?” zaczynają pojawiać się posty tych, którzy zabłądzili, szukając informacji o Stingu czy też „Sting Unmasked”.
Starsi użytkownicy reagują na taki stan rzeczy zażenowaniem. Z błogością wspominają stare czasy. Teraz wrestler, którego lubią i szanują, chociaż nie podkreślają tego na każdym kroku, staje się bohaterem nowej ery. Chcąc, nie chcąc, zaczynają patrzeć na niego przez pryzmat jego fanów. To zrozumiałe. W końcu po II wojnie światowej swastyka nikomu nie kojarzy się już z hinduskim symbolem szczęścia. Sting zaczyna budzić niechęć. Wypomina mu się, że nie jest już w takiej formie, jak w 1995. Zmasowanej krytyce zostaje poddany jednak dopiero z chwilą wstąpienia do Wolfpac. Czarno-czerwony Stinger uśmiecha się od ucha do ucha i gada jak najęty, czym ostatecznie zraża do siebie starszyznę. Oskarżają go o roztrwonienie mrocznego i tajemniczego gimmicku, który budował od dwóch lat. Temat „Dlaczego najmłodsi markują Stingowi?” jest zasypywany postami, w których roi się od epitetów. Część młodszej młodzieży wyczuwa koniunkturę i nie zostawia na markach Stinga suchej nitki. Nazywają ich „stinkami” (śmierdzielami), sprytnie przekształcając pseudonim Bordena. Czują się dzięki temu mądrzejsi albo w oczach innych chcą za takich uchodzić.
Czy taka sytuacja mogłaby mieć miejsce? Wyobrażam sobie, jak czytający ten tekst mówią, że nigdy w życiu. Bo nie ta klasa wrestlerów i w ogóle. I ja się zgodzę z tym argumentem. Częściowo. Mianowicie, Sting jest ikoną pop-kultury, a ponieważ w przeciwieństwie do Hogana jest całkiem niezłym workerem, nie wypada o nim mówić źle. Takich świętych krów jest zresztą cała masa. Z drugiej strony są zaś ci, których pod żadnym pozorem nie można chwalić. Nie twierdzę, że Rey się do nich zalicza (jeszcze), ale faktem jest, że nie ma nad sobą żadnego parasola ochronnego i często robi się z niego gorszego niż w rzeczywistości jest. Ze Stingerem tymczasem krytyka obchodzi się nad wyraz łagodnie. Nawet jego żałosny heel run jest tak krytykowany, że właściwie nie jest. Co jednak łączy obu wrestlerów? Szereg analogii wynikających z dzieciokupnych gimmicków. Kilka z nich gdzieś wyżej wymieniłem. Mysterio i Sting są zatem bardziej do siebie podobni niż wcześniej mogliśmy przypuszczać. Może więc czas na refleksję? Skoro za to samo jednego chwalicie, a drugiego ganicie, to coś jest nie tak. Mało macie Marków Henrych, których największym minusem jest brak plusów?



































