
Rozmowa z Danielem Bryanem, wrestlerem federacji WWE
– Skąd pomysł na zapuszczenie tak długiej brody i kiedy ją zgolisz?
– Broda sprawia, że wyglądam na twardziela. Taki był przynajmniej powód jej zapuszczenia. Obecnie oprócz wyglądu chodzi też o rywalizację. Josh Roderick, który jest jednym z najlepszych bejsbolistów w USA też zapuścił sobie pokaźną brodę. Umowa jest taka, że ten, który na koniec roku będzie miał krótszą brodę – będzie musiał ją zgolić. Zatem zgolę tę brodę, gdy przegram.
– Podziwiają Cię ci fani, którzy lepiej orientują się we wrestlingowym biznesie. Teoria jest taka, że właśnie wielu z nich skandowało Twoje imię po 18-sekundowej walce z Sheamusem na ostatniej Wrestlemanii.
– Wsparcie którego udzielili mi fani podczas tej walki i po niej było niezwykłe. Był to też powód dla którego nie zniknąłem po tym wszystkim. Po przegranej w 18 sekundach i utracie pasa wagi ciężkiej nie czekało mnie w WWE nic lepszego jak spadek w hierarchii. Ale fakt, że fani zaczęli reagować na mnie w ten sposób, sprawiło, że federacja postanowiła umieścić mnie na pozycji dzięki której mogłem m.in. powalczyć o pas WWE z CM Punkiem. Nawet po tym wszystkim moja pozycja w federacji jest całkiem niezła.
– Krótko mówiąc: federacja przejrzała na oczy.
– Dokładnie. Wcześniej ludzie w WWE mówili „Jest dobry na ringu, ale fani słabo na niego reagują”. Wrestlemania i wszystko co działo się po niej było dowodem na to, że jest inaczej. Fanom zawdzięczam więc to, że nadal jestem jedną z centralnych postaci w WWE.
– Wydawało mi się, że na wspomnianej Wrestlemanii fani skandowali Twoje imię nawet podczas późniejszej walki Randy’ego Ortona z Kane’m i w ogóle, że otrzymałeś doping większy niż The Rock, który walczył w walce wieczoru w swoim mieście…
– Tak! (śmiech)
– Czy mniejszym zawodnikom trudniej jest przebić się w tym biznesie?
– Zdecydowanie tak. Za kulisami wrestlingu jest mnóstwo osób, które uważają, że niscy lub też gorzej zbudowani zawodnicy nie powinni być promowani. To skostniały i nie mający potwierdzenia w faktach pogląd. Wystarczy przypomnieć sobie jak wspaniałą karierę zrobił Rey Mysterio i jak świetnie sprzedawały się gadżety z nim związane lub jak wspaniały wojownikiem w UFC jest Georges St-Pierre, który obecnie ma pas mistrzowski. Niektórzy ludzie próbują wciągnąć na szczyt różnych olbrzymów i nie przeszkadza im, że fanów tak naprawdę ci zawodnicy mało obchodzą. Zanim pojawił się Ryback było przecież około 15 zawodników o podobnych warunkach, którzy się nie sprawdzili. Wrestlerzy tacy jak ja czy CM Punk nie mają w firmie takiego wsparcia. Stoją za nami tak naprawdę fani.
– Kto Twoim zdaniem jest najbardziej niedocenianym zawodnikiem?
– Tyson Kidd, który jest niesamowity na ringu oraz Antonio Cesaro, który zasługuje, żeby być na topie.
– Zanim zostałeś wrestlerem byłeś fanem tego biznesu. Którą federację i który okres wspominasz najlepiej?
– Uwielbiam lata od roku 1995 do 1997. To były czasy, gdy w federacji World Championship Wrestling pojawiła się stajnia The New World Order (chodzi o grupę wrestlerów w skrócie nazywanych nWo i dowodzonych przez Hulka Hogana, odgrywającego wtedy „czarny charakter” – red.), która zrewolucjonizowała amerykański pro wrestling i WWE musiało jakoś dorównać temu, co działo się u konkurencji. Poza tym w WCW występowali wtedy tak świetni zawodnicy jak Rey Mysterio i Eddie Guerrero. Z kolei w WWE na topie znalazł się w tamtym okresie Shawn Michaels, który staczał walki jakich fani do tej pory jeszcze nie widzieli. Obie federacje były wtedy niesamowite.
– A gdybyś mógł wybrać sobie dowolny czas, w którym mógłbyś występować?
– Prawdopodobnie wybrałbym lata 80 i erę Hulkamanii (czasy, gdy najważniejszym wrestlerem był Hulk Hogan – red.). Wtedy było dużo zabawy. Fani reagowali podczas show zupełnie inaczej niż dzisiaj.
– Wszyscy fani wiedzą, że lubisz robić kawały innym zawodnikom.
– To prawda. Najbardziej lubię dokuczać Rybackowi. Miał raz walkę, w której przeciwnik podbił mu oko. Nikt nie wiedział jednak dlaczego skąd wziął się ten siniak, a ja opowiadałem wszystkim, że Ryback upuścił sobie na twarz ważący 25 funtów (nieco ponad 11 kg – red.) ciężarek. Ryback to wielki i silny mężczyzna, więc taki ciężar nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. A ja zdołałem przekonać ludzi, że Ryback jest dużo słabszy niż na to wygląda.
– Historia ta jest dość dobrze znana polskim fanom. Liczę na kolejną anegdotę, specjalnie dla nich…
– Cóż… Duzi zawodnicy często nie potrafią wyswobodzić się z chwytów, które często stosuje się chociażby w meksykańskim wrestlingu. Jednym z takich zawodników jest Big E Langston. Kiedyś założyłem mu body scissors (chwyt, w którym atakujący unieruchamia przeciwnika za pomocą nóg – red.), a on nie miał pojęcia jak się z tego wyswobodzić. Teraz za każdym razem, gdy zachodzę go od tyłu, to ucieka. Podobnie sprawa ma się z Rybackiem. Czasami łapię go za biodra i krzyczę, że go zdominuję, a on od razu czmycha. Czasami chłopaki próbują tego samego ze mną, ale im nie wychodzi. Nie wiem czemu.
– Pewnie dlatego, że jesteś dobrym technikiem… Twoim trenerem był Shawn Michaels. W przeszłości wiązało się z nim wiele kontrowersji. W swojej autobiografii pisał, że przeszedł duchową przemianą i stał się innym człowiekiem. Czy napisał prawdę czy przesadził?
– Myślę, że naprawdę jest całkiem innym człowiekiem niż kiedyś. Zresztą był już taki, gdy mnie trenował w 1999 roku. Wcześniej bywał naprawdę szalony, a dzisiaj to bardzo poukładany i spokojny człowiek. Zmieniła go religia i rodzina, a obecnie również fakt, że jest poza wrestlingowym biznesem. Gdy spędzasz czas z żoną i dziećmi, to nie ma tego stresu i możesz się zrelaksować.
– A zobaczymy kiedyś walkę Daniela Bryana z Shawnem Michaelsem?
– Nie przypuszczam, żeby tak się stało. On nie ma zamiaru wracać na ring. Aczkolwiek walka z Shawnem to moje marzenie. Smutno mi jak Ted Dibiase Jr. chwali się, że tyle razy walczył z nim, a ja nie miałem okazji chociaż Shawn mnie trenował. Mam czasami ochotę przywalić Tedowi pięścią w twarz.
– Jeszcze jedno pytania o Shawna Michaelsa. Jesteś zwolennikiem wegańskiej diety, a jego pasją jest polowanie. Czy kiedykolwiek spieraliście się o jego krwawe hobby?
– Nie stosuję się już do diety wegańskiej. Nie mogłem już jeść soi i musiałem ją zastąpić innymi produktami. Dzisiaj jem już np. jajka i inne tego typu produkty. Natomiast z Shawnem nigdy nie spieraliśmy się na ten temat. Mój tata był myśliwym i już od dziecka byłem przyzwyczajony do łowiectwa. Sam nigdy nie zabiłem żadnego jelenia czy innego zwierzęcia, ale ludzie robią to od początku istnienia i jest to naturalny sposób zdobywania pożywienia.
– Dużo podróżowałeś po świecie. Fanów, z którego kraju lubisz najbardziej?
– Naprawdę trudno powiedzieć. W każdym kraju fani są inni. Ja np. uwielbiam fanów w Japonii. Większości zawodników nie podoba się, że nie reagują oni tak żywiołowo jak w USA. Jednak gdy Japończycy klaszczą, to oznacza, że naprawdę docenili danego zawodnika i daną walkę. Lubię też jeździć do nowych miejsc, takich, w których fani nie mają okazji często oglądać nas na żywo lub widzą nas pierwszy raz. Tak było w Gdańsku w 2011 roku, gdy fani byli naprawdę głośni i reakcje na wejścia poszczególnych zawodników były niezwykle żywiołowe.
– Kto jest największym twardzielem na zapleczu WWE, kimś kogo chciałbyś mieć przy sobie w razie np. barowej bójki?
– Mark Henry. Jest naprawdę bardzo silny. W innego typu walkach chciałbym kogoś, kto walczył w MMA jak Alberto Del Rio, ale do typowej młócki w barze Mark nadawałby się idealnie. Z jego chwytu nie ma szansy się wydostać, a poza tym potrafi zadawać silne i szybkie ciosy rękoma. Gdy już kogoś trafi, to nokautuje.
– A co z Brockiem Lesnarem, byłym mistrzem UFC?
– Tak naprawdę nie pomyślałem o nim nawet. Pewnie byłby to świetny wybór, ale Mark to inny rodzaj twardziela.
– Z którym zawodnikiem się przyjaźnisz?
– Moim wielkim przyjacielem jest Ryback. Lubię też Teda DiBiase’go, Hornswoggle’a oraz Antonio Cesaro, który jest bardzo zabawnym gościem. Ale czasami trudno utrzymać kontakt, bo zawodnicy zmieniają brandy (zawodnicy WWE podzieleni są na grupy nazywanymi brandami, z których każda ma osobny program w telewizji i osobno podróżuje w ramach tournee – red.) i z kimś z kim trzymasz nagle zmienia otoczenie. Kiedyś np. więcej kolegowałem się z Sheamusem i Cody’m Rhodesem.
– Zanim przyszedłeś do WWE stałeś się legendą w federacjach niezależnych. Fani traktowali cię tam niemal jak boga, a teraz jesteś jednym z wielu. Nie tęsknisz za starymi czasami?
– Nie tęsknię za tym, że ludzie traktowali mnie w ten sposób, a tęsknię za interakcją z widownią. Miło wspominam m.in. pobyt w Ring of Honor i walki w salach w Nowym Yorku, w których mogło się zmieścić 200 osób, a wchodziło dwa tysiące albo walki w Niemczech, gdzie ludzie stali bezpośrednio przy ringu i w geście zadowolenia uderzali w niego. Czuło się po prostu, że ci fani są blisko. Ale bywało to też wadą. W małych salach doskonale słychać komentarze z widowni. Czasami zawodnik słyszy jak ludzie mówią „ten facet śmierdzi” lub że walka jest nudna. Kiedyś miałem trwający prawie godzinę pojedynek z Roderickiem Strongiem (występuje m.in. w Ring of Honor i Pro Wrestling Guerilla – red.), który zaczął się po północy, a ludzie zaczęli wychodzić. Ja i Roderick widzieliśmy to i mieliśmy świadomość, że ludziom się nasza walka nie podoba, co działało deprymująco. Obecnie walczę w ogromnych arenach mogących pomieścić dziesiątki tysięcy fanów i jak ktoś wychodzi, to nawet tego nie zauważam. Natomiast ogromnym przeżyciem jest słyszeć na tych wielkich arenach, gdy ludzie skandują twoje imię lub krzyczą „yes! yes! yes!”. Są zatem plusy i minusy w jednym i drugim przypadku.
– Fani pytają, czy nie zakończyłbyś kariery właśnie, w którejś z niezależnych federacji.
– Jeżeli odejdę z WWE, to być może udam się w trasę po tego typu federacjach. Gdyby nie to, że byłem kiedyś zawodnikiem niezależnego wrestlingu, to nie byłoby mnie dzisiaj w WWE. Wrestlerzy naprawdę ciężko tam trenują i bardzo chcą się pokazać. Chciałbym więc pomóc małym federacjom w promocji. Kusi mnie, żeby wrócić do Japonii, bo uwielbiam wrestling w tym kraju. Na razie jednak jestem w WWE i skupiam się na występach tutaj.
– Czy po odejściu z wrestlingu niezależnego ciężko było Ci się przestawić się na styl walki w WWE?
– Występowałem w różnych miejscach i musiałem przystosować się do różnych stylów walki. Nie było to zatem dla mnie trudne, gdy przyszedłem do WWE. Największym problemem był tak naprawdę entrance (moment, w którym wrestler przy dźwiękach własnej muzyki wchodzi na ring i prezentuje się widzom – red.). Miałem świadomość tego, że muszę wykonać ten długi marsz na ring, jakoś się zachować i jestem w telewizji. Zastanawiałem się wtedy „co ja mam do diabła teraz zrobić?”.
– Który cios lubisz wykonywać najbardziej.
– Lubię kopnięcia. Myślę, że wyglądają one efektownie. Lubię też mój cios kończący, który kiedyś nazywał się yes-lock, a obecnie no-lock.
– Który zawodnik z federacji niezależnych powinien dołączyć do WWE.
– To Kenta Kobayashi, japoński zawodnik występujący w Pro Wrestling Noah. Miałem okazję już z nim walczyć. Jest niesamowity. Myślę, że świetnie pasowałbym do WWE.
– Kiedy zobaczymy Daniela Bryana z pasem mistrzowskim WWE?
– Mam nadzieję, że jeszcze w 2013 roku. Ale konkurencja jest spora. Każdy zawodnik marzy o tym pasie. Liczę jednak, że w końcu się uda.
– W takim razie życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę!
Źródło: Kurier Szczeciński
Więcej przeczytasz na: www.24kurier.pl
Wywiad przeprowadził Bartosz Turlejski (na naszym forum znany jako Ghostwriter)


Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.